środa, 19 lutego 2014

TA TRZECIA, TA JEDYNA. ANKA KOWALSKA, "PESTKA".

   

    Jest w historii literatury (również tej rodzimej) kilka książek, które z mniej lub bardziej wytłumaczalnych powodów uchodziły kiedyś za kultowe. Proza światowa miała swojego „Buszującego w zbożu”, „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Ulissesa”.
Na swojskim gruncie młodzież zachłystywała się, swego czasu, Hłaską czy Stachurą. Podobny entuzjazm budziła (podobno) książka, na którą trafiłam zupełnym przypadkiem, w biblioteczce pewnej zacnej staruszki, od której wraz z koleżankami wynajmowałam mieszkanie w studenckich czasach.
„Pestka” Anki Kowalskiej to powieść, która do dziś jeszcze budzi skrajne emocje. Jednych (o czym niedawno się przekonałam...:)) irytuje samo wspomnienie przekombinowanego stylu. Innych intryguje przewrotność w prezentowaniu powszechnych zasad moralnych lub zachwyca poetyckie ujęcie prozy życia i głębia w pokazaniu relacji między dwojgiem (a właściwie trojgiem) ludzi.
    Z książką Kowalskiej jest podobnie, jak z jej główną bohaterką, Agatą – można za nią przepadać albo jej nie znosić, trudno jednak zachować wobec niej obojętność.
U źródeł takich biegunowo różnych opinii może leżeć styl narracji – w istocie, dość kontrowersyjny.
Przyznam, że sama kilka razy w czasie lektury zgrzytałam zębami, tak bardzo nienaturalne wydawały mi się pewne sformułowania i sama forma prowadzenia fabuły. A jednak moja irytacja była niewspółmiernie mała wobec nieuchronnej konkluzji, że autorka „Pestki” była niezwykle bystrą obserwatorką, świetnym psychologiem, dobrą poetką a przy tym wyjątkowo wrażliwą osobą. Bo tylko ktoś taki mógł napisać przesycone liryzmem fragmenty, opisujące stan świadomości dwojga ludzi, których połączyło bezgraniczne w swej sile, lecz ograniczone okolicznościami uczucie.
„Pestka” to bez wątpienia romans, to powieść kobieca, lecz zdecydowanie w dobrym tego słowa znaczeniu.
    Na próżno by szukać tu banalnych sformułowań, choć treść, gdyby wypreparować ją z całej, psychologiczno-poetyckiej otoczki, tchnie banałem.
Ot, pretensjonalna historia zakazanej miłości – on, wrażliwy (przewrażliwiony...?), obarczony rodziną i znudzony schorowaną, nieatrakcyjną żoną i ona – ta trzecia, ta wyjątkowa, mieniąca się kolorami jak tęcza,  na tle innych kobiet wyróżniająca się jak rajski ptak, który przypadkiem znalazł się wśród podwórzowych kokoszek.
     Do tego wszechwiedząca narratorka, w rolę której wciela się najbliższa przyjaciółka głównej bohaterki. Czy to może kogokolwiek zainteresować? Czy to może się podobać, zważywszy na zalew literatury dla gospodyń domowych, gdzie tego rodzaju historie to zaledwie tło wydarzeń?
    Moim zdaniem „Pestka” broni się, pomimo upływu czasu i przetasowania rekwizytów, okoliczności oraz uwarunkowań społecznych. Chorzy na miłość bohaterowie powieści są powieleniem wzorców, znanych w lieraturze od czasów Abelarda i Heloizy.
    Śmiem podejrzewać, że Anka Kowalska włożyła w kreację swojej bohaterki wiele serca. Więcej nawet – że Agata miała swój autentyczny odpowiednik w samej autorce. Trudno byłoby bowiem, bez osobistego zaangażowania, tak dobrze oddać wszelkie niuanse zachowań, cała gamę nastrojów i konsekwencję w postępowaniu. Ponadto, biorąc pod uwagę nieco kontrowersyjne poglądy bohaterki, trudno byłoby tak dalece usprawiedliwiać kobietę, która świadomie rozbija małżeństwo i modli się o wytrwanie w grzesznym związku, bez odrobiny choćby osobistego zaangażowania.Tymczasem w książce Kowalskiej powszechnie przyjęte prawdy zostają odwrócone, rzeczywistość odbija się w lustrze i możemy obserować jej  drugą twarz.
    To „ta trzecia” zyskuje w oczach autorki niewinność dziecka, zaś wiarołomny mężczyzna to niemal męczennik, składający na rodzinnym ołtarzu ofiarę ze swojej występnej miłości. Zdradzana żona jest za to pokazana jako niemal współwinna rozbicia rodziny, z powodu swojej nieatrakcyjnej, chorowitej fizyczności i niezbyt lotnego umysłu, z powodu nudy i przewidywalności, jaką wnosi pod małżeński dach.
    W konfrontacji z wyzwoloną, nonkonformistyczną i spontaniczną Agatą razi nieco postawa jej przyjaciółki-narratorki, Sabiny. Autorka przerysowała mocno jej postać, zapewne dla podkreślenia kontrastu a wręcz przepaści, jaka dzieli świat ludzi kierujących się własnymi instynktami i świat ludzi, postępujących zgodnie z konwenansem i naukami Kościoła (choć w tym przypadku nie ma mowy o szczerej religijności, a raczej o spłyconym jej pojmowaniu, sprowadzonym tylko do bojaźni bożej i obawy przed potępieniem i karą za grzechy).
    „Pestka” to książka przewrotna. Chcąc, nie chcąc, w którymś momencie przyłapujemy się na tym, że nasze sympatie skłaniają się ku osobie, która łamie przyjęte powszechnie zasady.
Cała zaś fabuła tak naprawdę nie jest historią miłosnego trójkąta, ale opowieścią o cenie i konsekwencjach życiowych kompromisów. Wszyscy ci, którzy im ulegli, skończyli marnie. Jedyna, która próbowała im się oprzeć, w krytycznej chwili wybrała drogę ucieczki ostatecznej.
   Tym, co w powieści Kowalskiej drażni, jest nie tylko wspominany już styl (to zresztą rzecz upodobań). Dla mnie irytująca była schematyczność, wspieranie się stereotypami przy okazji chybionej w sumie próby zdyskredytowania instytucji małżeństwa. Zdaniem Agaty, która wydaje się być alter ego autorki, każdy usankcjonowany sakramentalnie czy formalnie związek skazany jest z góry na zagładę. Wiele jest rozważań na temat przyczyn nieuchronnego rozpadu małżeńskich relacji, sypią się, jak z rękawa, przykłady, często dość karykaturalne. Trudno się oprzeć wrażeniu, że w tym przpadku posłużyły jedynie jako poparcie z góry założonej tezy.
Efekt psuła również pobrzmiewająca miejscami nutka melodramatyczna, która jakoś kłóciła się z deklarowanymi zapatrywaniami bohaterki.
    Pomimo pewnych zgrzytów i niedociągnięć poecam jednak lekturę „Pestki”. Nie wiem, czy ma szansę spodobać się jako całość, ale opłaca się poświęcić jej trochę czasu a nawet... wysiłku (chwilami siła woli może być potrzebna). Nawet dla kilku błyskotliwych, celnych spostrzeżeń i paru świetnie odmalowanych, godnych pędzla najlepszego symbolisty scen, warto ją przeczytać. 


39 komentarzy:

  1. Wreszcie jesteś :-) "Pestkę" kiedyś czytałam, ale wrażenia miałam raczej średnie. Treść mnie ciekawiła, ale przeszkadzała forma, styl. Bardzo przegadana książka, niektóre fragmenty miałam chęć skrócić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wreszcie jestem (strasznie mi się tęskniło do blogów, ale cóż, wyższa konieczność...) :)
      Kiedy po raz pierwszy czytałam "Pestkę", byłam bardzo młoda i jakoś wpasowała mi się w mój egzaltowany wówczas sposób patrzenia na świat. Coś z tego pozostało mi do dzisiaj i może dlatego książkę oceniam dość wysoko. Jednak obiektywnie patrząc mam świadomość pewnych wad, z których największą chyba jest właśnie ta przegadana forma, o której wspominasz :)
      Tak czy inaczej, jeśli przebrnie się przez męczące fragmenty, całość rekompensuje chwilowe trudy :)

      Usuń
    2. Jaka szkoda, że stała się Pani tak bardzo dorosła...

      Usuń
  2. Witaj po przerwie, strasznie się cieszę, że jesteś, mam nadzieję, że uda ci się częściej tu gościć. Wpis świetny (podejrzewam, że lepszy niż książka:), choć tej nie znam, jak przez mgłę kojarzę Jandę z filmowej ekranizacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz, jak ja się cieszę, że w ogóle zauważyłyście moją nieobecność.... :) Postaram się teraz pisywać częściej, mam nadzieję, że po "czarnej serii" chorób i innych trudności nadchodzą lepsze czasy. Jeszcze tylko czekająca mnie za miesiąc przeprowadzka i życie powinno całkiem wrócić na utarte tory :)
      Sama nie wiem, czy "Pestkę" polecać, ale o jednym mogę Cię zapewnić - książka jest nieskończenie lepsza od filmu! :)
      Myślę, że warto poświęcić jej czas, nawet licząc się z ryzykiem rozczarowania :)

      Usuń
    2. Sfilmowanie "Pestki" było po prostu wielkim błędem polskiej kinematografii :(

      Usuń
  3. Cieszę się, że jesteś. Trzymajcie się wszyscy zdrowo byś nie miała już przerw.
    Czytałam bardzo dawno temu i może ją jeszcze mam w biblioteczce. Niestety nie pamiętam już treści.
    Film chyba też oglądałam, ale chyba nie do końca jest on zgodny z treścią książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Natanno! :) Dzięki za miłe słowa, mam nadzieję, że teraz będę już bardziej dyspozycyjna (przynajmniej na tyle, by nie czuć się wyrodną matką... :))
      Masz rację, film nie za bardzo współgra z treścią, zmienione zostały nawet najważniejsze wątki a dobór odtwórców głównych ról jest nieporozumieniem.
      Książka jest, moim zdaniem, znacznie, znacznie lepsza.

      Usuń
    2. Tyle właśnie zapamiętałam, że film nie oddawał treści, czego nie znoszę w przypadku ekranizacji książek.

      Usuń
    3. Jak widzę ta Pestka została wydana przez PAX.

      Usuń
    4. To prawda, PAX wydał, jeśli się nie mylę, kilka wznowień "Pestki", w późniejszych latach drukowały ją też inne wydawnictwa. Kiedyś to chyba naprawdę była popularna książka :)

      Usuń
    5. Anka Kowalska pracowala w Paxie ,jak rowniez "Borys". Znalem jego zone,byla bardzo ladna i zgrabna, duzo bardziej atrakcyjna niz Anka.
      "Borys" choc rudy i brzydki mial duzo innych przygod,jak zreszta Anka.

      Usuń
  4. Fajnie, że wróciłaś :) Kojarzę "Pestkę" jako powieść kultową, o czym się dowiedziałam dzięki Krystynie Jandzie, która postanowiła dokonać ekranizacji książki, ale tak się złożyło, że ani książki nie przeczytałam, ani filmu nie obejrzałam :) Dzięki Tobie wiem już, że aż tak wiele chyba nie straciłam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz widzę, że warto było trochę potrwać w blogowym niebycie, bo strasznie fajnie czytać takie wpisy - dzięki :)
      "Pestka" jako książka, pomimo pewnych zastrzeżeń, naprawdę mi się podobała. Ekranizację jednak Pani Janda mogła sobie darować, zdecydowanie chybiony pomysł w jej wykonaniu...

      Usuń
    2. Twój urlop od bloga sprawił, że wielu z nas zatęskniło za Twoimi wpisami :)

      Usuń
    3. Ponieważ moje wakacje związane były z nieciekawymi okolicznościami i kompletnym brakiem wolnego czasu, nie miałam możliwości podczytywać Waszych blogów na bieżąco i też zdążyłam za nimi zatęsknić :) Kiedy ja teraz nadrobię zaległości...? ;)

      Usuń
  5. A mnie Pestka zachwycila, tym bardziej, ze znalam i znam kilka fantastycznych kobiet podobnych do "Pestki" - i w książce jest doskonale przedstawione jak wygląda droga do zguby takiej przepełnionej wielkimi ideałami istoty. To się po prostu nie udaje - i w zyciu, i w książce.
    A Borys wcale nie wydawal mi się postacia pozytywna, umeczonym wrażliwcem - dla mnie to był wygodnicki mieczak, który w zyciu nie potrafil zachować się jak mezczyzna.

    I jeszcze - nie odebrałam książki jako krytyki malzenstwa. Ale to już za długo by tlumaczyc, a ja musze chwilowo zmykac ;-)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iza, włąśnie przeczytałam Twój wpis na temat "Pestki", dobrze udało Ci się oddać te aspekty książki, które mnie jakoś umknęły.
      Mnie ta książka zauroczyła przy pierwszym czytaniu, lata temu, teraz ciut straciła na sile rażenia, ale za to doszukałam się w niej nowych treści. Podobnie jak Ty uważam, że Borys to mięczak, słowa "męczennik" było w tym przpadku ironiczne. Według mnie jego wkład w ten trudny układ był prawie zerowy, brał pełnymi garściami to, co dawała mu Agata i cierpiał chyba głównie dlatego, że nie mógł jej mieć na wyłączność i na każde zawołanie. Ponadto był tchórzem i hipokrytą, bo zgrywał świętoszka i stwarzał pozory a przecież przez kilka lat regularnie zdradzał żonę.
      Postać Agaty jest najsilniejszą stroną "Pestki", jest bardzo żywa, wydała mi się podejrzanie znajoma... Świetnie jest tez pokazana, jak wspominasz, jej "droga do zguby" wraz z dobrym psychologicznym uzasadnieniem każdego kroku.
      Co do kwestii krytyki małżeństwa w książce, moja zdanie jest inne, ale jestem strasznie ciekawa, jak Ty to odebrałaś :))

      Usuń
    2. Jezanna, ja w "Pestce" nie widziałam krytyki samej instytucji malzenstwa, ale raczej krytykę podążania utarta sciezka, uleganie konwenansom. Przestroge, ze nie zawsze, jeśli zrobimy "tak jak należy", osiągniemy szczęście. Wbrew przeciwnie - Sabina, w przeciwieństwie do Agaty - robila zawsze wszystko scisle przestrzegając ogolnie przyjętych norm... do czego ja to zaprowadzilo? Do zycia w pustce malzenskiej, do naciskow, by wyparla sie swego instynktu macierzyńskiego, a nawet, by zabila dziecko, którego pragnela... ogolnie do katastrofy w sumie porównywalnej z katastrofa w zyciu Agaty. Nie doprowadzilo jej to do samobójstwa... ale czy nie do czegos w rodzaju śmierci za zycia?
      Ja uważam, ze autorka chciała pokazac, ze oba podejścia prowadza do katastrofy - sluszna droga jest gdzies pośrodku.

      Usuń
    3. W tym sensie na pewno masz rację. Był jednak taki fragment, w którym (chyba za pośrednictwem Sabiny) rzucone były przykłady kilku różnych małżeństw. Różni ludzie, różne środowiska, różny status społeczny. I w każdym z tych przypadków, pomimo, że z pozoru istniały wszelkie przesłanki do happy endu, następowała katastrofa (i tam nie było mowy o sztucznym przystosowaniu się do narzuconych zasad, wręcz przeciwnie, ci ludzie początkowo bardzo się kochali). Stąd wnoszę, że intencją autorki była krytyka małżeńskiego stanu jako instytucji, która już z definicji, krótszą lub dłuższą drogą, prowadzi do kresu miłości.
      Z drugiej strony masz rację - książka dowodzi, że związki nieformalne również prowadzą do zguby (przecież nic takiego, jak związak bez zobowiązań nie istnieje). A idealizm w świecie pełnym konwenansów również skazany jest na krótki żywot.

      Usuń
    4. Jezanna, a tego to nie pamiętam, zwroce uwagę jak będę czytala drugi raz (a na pewno będę :-) ).

      Usuń
    5. To koniecznie daj znac po fakcie i wrócimy do tematu :) Nawet nie po to, żebyś przyznała mi słuszność ;))) "Pestka" jest jednak wdzięcznym przedmiotem dyskusji :)

      Usuń
  6. PS. Pisalam o "Pestce" u siebie na blogu, możesz do mnie zajrzeć - w sumie bardzo pozno ja odkryłam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Po przeczytaniu dyskusji stwierdzam, że może warto byłoby się pokusić ponowić jej czytanie, gdyż w wtedy, gdy ją czytałam, a było to jednak bardzo dawno temu nużyła mnie trochę. To pamiętam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Natanno, biorę na siebie odpowiedzialność i mimo wszystko polecam Ci powtórkę "Pestki". Na pewno są fragmenty, które mogą irytować i nużyć, ale moim zdaniem po pewnym czasie książka na tyle wciąga, że przestaje się zwracać uwagę na takie mankamenty. Tak przynajmniej było w moim przypadku :) Zaletą jest pokazanie "anatomii" trójkąta małżeńskiego, każda decyzja, każde wahanie mają tu swoje logiczne uzasadnienie. I nie trzeba wcale mieć na koncie podobnych doświadczeń, by w pewnym stopniu utożsamiać się z niektórymi przemyśleniami autorki/bohaterów.

      Usuń
    2. Przepatrzę głębię swych półek. Może się jednak uchowała.

      Usuń
    3. Natanno, jeśli zdecydujesz się przeczytać to koniecznie zamieśc choćby krótki wpis na ten temat, jestem bardzo ciekawa, czy po długiej przerwie zmienił się Twój odbiór ksiązki.

      Usuń
    4. Może się w końcu zdecyduję mimo koszmarnie nudnej ( według mnie) ekranizacji.

      Usuń
    5. ~Moleslaw - zachęcam :) Wersja filmowa miała tak niewiele wspólnego z literackim pierwowzorem, że w ogóle nie nazwałabym jej ekranizacją. Poza imionami głównych bohaterów i faktem, że połączył ich romans, nie odnotowałam innych punktów wspólnych...

      ~Natanno, w takim razie jak najszybciej przekop biblioteczkę :)

      Usuń
  8. Przypadkowo tu wpadlam i zdecydowalam sie na ten wpis, ponieważ dwa dni temu wspominałyśmy Ankę Kowalską.Anka będąc na leczeniu w Paryżu miała kontakt z wieloma Polakami, którzy tam przetrwali ten trudny dla nas historyczny czas, a którzy dziś mają co wspominać.Chciałam Wam tylko powiedzieć, że rzeczywiście była to swego czasu bardzo popularna książka. Dla mnie jednak i książka i film były niezwykle przytłaczajace i to nie ze względu na temat. Pozdrawiam Was młode dziewczyny.

    OdpowiedzUsuń
  9. Przede wszystkim przepraszam Panią za opóźnienie w opublikowaniu komentarza i w odpowiedzi na wpis! Mój blog przeżywa tymczasowy zastój, stąd to zaniedbanie.
    Cieszę się, że zajrzała tu osoba, która miała kontakt z Anką Kowalską (bo domyślam się, że Pani wspomnienia miały prywatny charakter). Nie ukrywam, że jestem tych wspomnień ogromnie ciekawa i z pewnością nie jestem w tym odosobniona...
    Przede mną lektura "Folkloru tamtych lat", być może choć trochę przybliży mi postać Autorki.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaye, nawet nie wiesz jak mi się miło zrobiło - nie spodziewałam się, że ktoś jeszcze o mnie pamięta...:)
      Powrót zapowiadałam już ze dwa razy a jednak nie udało się, więc nie chcę i tym razem rzucać słów na wiatr. Dużo się ostatnio u mnie działo, nie wyrabiałam z codziennymi obowiązkami i na bloga nie starczyło już czasu. Ale przeczytałam kilka książek, o których bardzo chciałabym napisać parę słów, więc wróce na pewno! :)
      Kochana, ściskam Cię mocno! I pozdrawiam wszystkich, którzy mimo mojej przedłużającej się absencji nadal (z jakichś nieznanych mi powodów...;)) nadal tu zaglądają! Do szybkiego przeczytania!

      Usuń
  10. Tu też pusto i tęskno :( a dzięki Tobie dowiedziałam się o cudownej prozie Wiecherta, że warto czytać i odczuwać. Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lino, nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że Wiechertowy "łańcuszek" ciągle się wydłuża i miło mi, jeśli mogłam choć w małym stopniu przyczynić się do tego, że kolejna osoba sięgnęła po Jego książki.
      Dziękuję za odwiedziny na moim zawieszonym od prawie roku blogu i pozdrawiam Cię serdecznie :)

      Usuń
    2. Z Wiechertem to był zupełny przypadek :) Byłam na Mazurach, na żaglach i pewnego dnia dopłynęliśmy do końca jez. Nidzkiego. Znaleźliśmy ładne miejsce na postój i poszliśmy na spacer. Droga szła w lewo i w prawo, więc wybraliśmy w prawo (ot przypadek). Niedaleko potem trafiliśmy na tablicę informacyjną o wsi Sowiróg, gdzie na samej górze był cytat właśnie z "Dzieci Jerominów". Idąc dalej dotarliśmy na cmentarz, gdzie również był cytat z owej książki. Więc zaintrygowana skorzystałam w wymyślnego cudeńka zwanego Internetem w smartfonie i wpisałam tytuł. Pierwsze co mi wyskoczyło to Twój blog (w którym się zaczytuję wciąż). I tak oto poznałam bliżej prozę Wiecherta. Udało mi się zdobyć "Dzieci Jerominów", ale ich lekturę odkładam na czas kiedy będę znów na Mazurach. Wydaje mi się to być właściwe :) A inne jego książki, wciąż oglądam na aukcjach i pewnego dnia na coś się skuszę, bo uwielbiam autorów tak pięknie piszących o przyrodzie, a zwłaszcza tej związanej z Mazurami :)
      Moja Droga, zaczytuję się u Ciebie, w Twoich słowach, które tutaj zostawiłaś. I mam nadzieję, że jeszcze wrócisz, by pisać o kolejnych lekturach, bo piszesz pięknie, a i książki wybierasz takie niecodzienne, nieznane, trochę zapomniane. To takie niezwyczajne miejsce i może pewnego dnia wrócisz, zetrzesz kurz, otworzysz okna i pozwolisz nam zajrzeć przez maleńkie okienko do swojej duszy? Ściskam Cię serdecznie i życzę Ci pięknych chwil :)

      Usuń
    3. Przede wszystkim bardzo Ci dziękuję za tyle ciepłych słów! Na pewno jest to dla mnie silna motywacja do powrotu. To strasznie pokrzepiające wiedzieć, że ktoś nadal tu zagląda i odnajduje coś godnego uwagi.
      Lino, o ile mogę obiecać, że wrócę do pisania bloga, to trudno mi określić, kiedy. W moim przypadku świat rzeczywisty chwilowo zdominował świat literacki :)
      A Twoja wyprawa na Mazury to chyba najlepszy wstęp do rozpoczęcia znajomości z Wiechertem! Życzę Ci, żebyś jak najszybciej mogła tam wrócić i właśnie tam zanurzyć się w świecie "Dzieci Jerominów" :) Jestem dziwnie spokojna, że książka pochłonie Cię tak, jak mnie przed rokiem...
      Ściskam Cię i pozdrawiam!

      Usuń
  11. Anna (właśnie Anna, nie żadna Anka, co to za maniera z tymi ankami, tomkami, kasiami itd. w wypadku dorosłych osób?) Kowalska opisała w Pestce siebie i swój grzeszny związek z żonatym piękno- i lekkoduchem, poetą (a jakże!) oraz niesamowitym babiarzem, niejakim Jackiem B. znanym szeroko w środowiskach opozycyjnych Łodzi z czasów KOR-owskich. Facet skończył nader marnie. Kowalska po romansie z JB, który to związek ciągnął się jeszcze przez ok. rok po wspólnym ich wyjeździe do Paryża, wróciła do Polski. On został i można z całą pewnością stwierdzić, że sobie zmarnował i spaprał życie, choć bez wątpienia przed wyjazdem było bardzo barwne.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz i pozdrawiam!