2009-05-11

Narcyz

Nastąpiło nieoczekiwane poszerzenie pola moich lektur - rzecz, którą czytam od kilku dni niełatwo opisać w paru zdaniach, przesycona jest treścią, historią, obrazami przeszłości, obrazami miasta. W dodatku liczy sobie tomów... sześć. Mowa o "Dziejach Krakowa". Żyję teraz w niespokojnym XIX wieku i kto wie, kiedy dam radę spisać moje wrażenia z czytania tego właśnie (III) tomu. W trosce o ciągłość pamięci - już i tak jest tutaj anachronicznie, drogi prowadzą tu mało uczęszczane, a co będzie, gdy zapomni o mnie ostatnia garstka czytelników? :)

A zatem z myślą o tych, co zaglądają i uzasadniają obecność legere necesse est, będą (znowu) wypisy z ksiąg użytecznych. Tak, znowu Herbert, ale tym razem jego rzecz o mitologii. "Król mrówek" W podtytule: "prywatna mitologia" i trudno dodać cokolwiek więcej. Jest w tym siła, która utrzymuje całą poezję Herberta - jest powściągliwość słowa i wstrząsające metafory, przeszłość, która okazuje się być tu i teraz, ożywają mitologiczne figury, otwierają się bezkresne perspektywy, wiedza jest gorzka, nadzieja jest ułudą, wszystkie zresztą złudzenia opadają jak zrywane jedna po drugiej zasłony i zostaje słony smak ironii, może jeszcze czegoś.

Zacytuję opowieść o Narcyzie, drugą jej wersję, tę, która znalazła się w Aneksie, - kto zechce poznać pierwszą - ten z łatwością ją znajdzie, kto zaś chciałby poznać jedną z najbliższych mi opowieści z tego tomu, niech przeczyta Powrót, (pojawił się na samym początku legere necesse est) upewniając się wszakże wcześniej, że nie ma skłonności do melancholii.
Oto szkic mitologiczno-lingwistyczny, z elementami botaniki, estetyki i filozofii języka.


***

Narcyz

Ten mit tkwił we mnie całe dziesięciolecia, tkwił, ale nie rósł, nie rozwijał się jak piąstka niemowlęcia wokół nieruchomej grzechotki.

Cóż można bowiem powiedzieć o Narcyzie? Że był, że był piękny, że zapatrzył się w swoje odbicie w sadzawce i rażony pięknem utonął. A gdzież wzniosły przekaz, przesłanie, morał? Gapi się w wodę i nagle - chlup. W sam raz na modne haiku, które propagował przed laty pewien klasyk, aby powściągnąć wodolejstwo poezji rodzimej. W istocie mit był nieznośnie statyczny. Tkwił.

Czyniono wszakże próby ożywienia Narcyza. Wymyślono mu nerw, nerw oczywiście erotyczny. W Narcyzie zakochała się nimfa leśna - Echo. Z niewiadomych przyczyn Narcyz odrzucił tę miłość i Echo z żalu została bóstwem leśnych ustroni. Wycieczkom otyłych mieszczuchów odpowiadało - imię.
I tak nimfa stała się stewardesą natury.

Jak widać, brak Narcyzowi zarysu charakteru, czy choćby zalążka winy tragicznej, by można go było traktować poważnie i tropić jego losy naszym współczuciem lub gniewem. Tłumaczyć może on najwyżej imię kwiatu, uwodzicielskiego oczywiście, ale róża, która nie ma swojego kawalera i trubadura, jak wiadomo - obywa się bez mitów.

I jaka była kolejność? Zapewne olśnienie nowym zjawiskiem natury, poszukiwanie nazwy, wreszcie próba dopasowania anegdoty, bez której i tak istniał, więc była ona czymś przypadkowym i bez znaczenia, niekoniecznym. Tak więc Narcyz został emblematem tautologii.

Taki los musiał spotkać Narcyza, którego jedyną cnotą była - uroda.


Zbigniew Herbert, Król mrówek Prywatna mitologia, Wydawnictwo a5, Kraków 2001, s. 119


***




"Zapewne olśnienie nowym zjawiskiem natury [...]"

2009-05-07

Wzgórze Błękitnego Snu

Przed nim szeroka przesieka uchodziła w dal, opadając z wolna w dół pod jesiennym zmatowiałym błękitem nieba. Dotąd pracowali w lesie, niewiele widząc wśród drzew, a teraz z wysokości dachu ta przesieka naraz otworzyła perspektywę na całą tajgową dolinę. Znieruchomiał z wrażenia. To było coś bajecznego. Zdawało mu się, że z ciemnego szybu wylazł na sam czubek góry zalanej słońcem i morzem.



Pod jego nogami, jak sięgał wzrok, het, na dwadzieścia wiorst, po horyzont, falowała tajga, wznosząc się na wzgórzach i opadając, cała w rozpryskach zieleni, od ciemnego szmaragdu do jasnego seledynu, a u podnóża grzbietu górskiego, na którym stał ich dom, płynęła rzeka, przecinając zmierzwioną powierzchnię kniei żywą, rtęciową wstęgą, łagodnym łukiem skręcająca na północ w biegu ku Angarze, zgubiwszy po drodze jedno jeziorko, połyskujące jak lusterko w trawie.
- Ładne wybrałeś miejsce na dom... Nie myślałem, że coś podobnego istnieje na Syberii.

Igor Newerly, Wzgórze Błękitnego Snu

Wszystkich, którzy chcieliby przeczytać dobrą, kompetentną, rzeczową recenzję tę pięknej książki odsyłam na strony Niecodziennika Literackiego Nutty. U mnie będzie - jak zwykle - garść wrażeń, taka widać dyspozycja umysłu ;)

Przede wszystkim książka ta należy do gatunku, który powinien być pod ochroną. Tak już się nie pisze! I nie jest to, Dieu m'en garde, jakiś zarzut, przeciwnie. Tak się nie pisze, bo wymaga to umiejętności, warsztatu, swobody, których brak już najczęściej dziś; a przede wszystkim odwagi, żeby stworzyć powieść z założenia klasyczną, pisaną nienowoczesnym językiem, niemodną i w warstwie słowa, i w tak zwanym przesłaniu. Trzeba talentu, żeby przy takich założeniach powstała dobra powieść. Kiedy bierze się za to pisarz o pospolitych umiejętnościach, powstaje kolejna produkcja o dolach i niedolach życia gdzieś na prowincji, powtarzalny schemat.

"Wzgórze Błękitnego Snu" należy do innego świata, innych narracji, innego sposobu traktowania pisarskiej materii. Należy do niezwykle rzadkiej kategorii dobrych (formalnie) książek, które nie przygnębiają - przeciwnie - pozwalają spojrzeć na świat jak na piękną i celową konstrukcję, a na człowieka ze zrozumieniem i przychylnością.

Zdecydowanie należy do mojej osobistej kategorii książek na poprawienie nastroju :)
O takiej kategorii przeczytałam ostatnio na sąsiednim (bo nieodległym :) blogu Śmietanka Literacka i jest to nadzwyczaj pozytywny projekt - poszukiwanie we własnych wspomnieniach czytelniczych takich książek, do których można wrócić, kiedy na niebie świeci le soleil noir de la melancolie - czarne słońce melancholii (słowa wykuł Nerval, słońce istniało od zawsze).

A na półce już czeka "Leśne Morze".


zdjęcie - wikimedia

2009-05-04

demiurg nikczemnych tablic statystycznych

Są słowa bezsilne, pytania bez odpowiedzi - wiele jest stopni widzenia. Szczęśliwi, którzy widzą piękno i harmonię, nie dostrzegają w świecie rysy. Inni, na swoje nieszczęście, widzą i mają nadzieję objąć rozumem, lub chociaż pogodzić się ze światem. Są także ci, którzy walczą, buntują się - i powstaje przypowieść o Wielkim Inkwizytorze.

Tyle pytań.

To największe: Unde malum?

I równie tragiczne: "czy konieczność jest tylko odmianą przypadku
a sens tęsknotą słabych ułudą zawiedzionych"

***


Zbigniew Herbert


Dęby


W lesie na wydmie trzy dorodne dęby
u których szukam rady i pomocy
bo chóry milczą odeszli prorocy
nie ma na ziemi nikogo bardziej
godnego szacunku dlatego do was
kieruję - dęby - ciemne pytania
na wyrok losu czekam jak niegdyś w Dodonie

Lecz muszę wyznać że mnie niepokoi
wasz rytuał poczęcia - o rozumne -
u schyłku wiosny na początku lata
w cieniu konarów roi się
od waszych dzieci i niemowląt
przytułki listków sierocińce kiełków
blade bardzo blade
słabsze od trawy
na oceanie piasku
walczą samotnie samotnie
dlaczego nie bronicie waszych dzieci
na które pierwszy mróz położy miecz zagłady

Co znaczy - dęby - szalona krucjata
rzeź niewiniątek ponura selekcja
ten nietzscheański duch na cichej wydmie
zdolnej utulić słowicze żale Keatsa
tutaj gdzie wszystko zda się skłania
do pocałunków wyznań pojednania

Jak mam rozumieć waszą mroczną parabolę
barok różowych aniołków śmiech białych piszczeli
trybunał o zaranku egzekucja nocą
życie na oślep zmieszane ze śmiercią
mniejsza o barok którego nie znoszę
lecz kto rządzi
czy bóg wodnistooki z twarzą buchaltera
demiurg nikczemnych tablic statystycznych
który gra w kości zawsze wychodzi na swoje
czy konieczność jest tylko odmianą przypadku
a sens tęsknotą słabych ułudą zawiedzionych

Tyle pytań - o dęby -
tyle liści a pod każdym liściem
rozpacz *


***


Tyle pytań stawianych na przekór codziennemu życiu i codziennemu płaskiemu widzeniu.
Niedawno usłyszałam inne pytanie - o przeszłość.
Odpowiedzieć mogę fragmentem innego wiersza Herberta - jednego z najważniejszych dla mnie - "Elegii na odejście pióra atramentu lampy". Cytat będzie wyrwany z kontekstu i jego sens jest inny nieco w oryginalnym wierszu niż ten, który chcę mu nadać tutaj - ale to manipulacja w dobrym celu. Bardzo łatwo odchodzimy od przeszłości, prawda? Albo jakoś tak ją zmieniamy demonicznie w źródło traumatycznych przeżyć. A przecież można czerpać z niej siłę, na pewno!


***

"Zaprawdę wielka i trudna do wybaczenia jest moja niewierność
bo nawet nie pamiętam dnia ani godziny
kiedy was opuściłem przyjaciele dzieciństwa

[...]

zostało mi niewiele
bardzo mało

przedmioty
i współczucie

lekkomyślnie opuszczamy ogrody dzieciństwa ogrody rzeczy
roniąc w ucieczce manuskrypty lampki oliwne godność pióra
taka jest nasza złudna podróż na krawędzi nicości [...]"**


*Wiersze Zebrane, wydawnictwo a5, s. 535
** op. cit. s. 581.

2009-05-01

Ogród botaniczny - niepoważny wpis wiosenny

"Jednakowoż piękny mieliśmy dzisiaj dzień", czyż nie? ;)

Ktoś wie może, z jakiej książki pochodzi ten niedosłowny cytat? Jedna z moich ulubionych "od zawsze", czytana kilka razy, widziana dwa razy w teatrze (niezapomniany, genialny Wakuliński), raz w teatrze telewizji (lubię Dymną, ale do tej roli absolutnie nie pasowała) i raz odsłuchana, chociaż nie słucham często audiobooków. To wygląda na rodzaj manii, n'est-ce pas? Czy ta książka należy do klasyki literatury - to pewnie zależy od definicji tego pojęcia, a to jest dyskusyjne - w moim przekonaniu to rzecz klasyczna, fundamentalna, kongenialna.
Może ktoś podziela mój zachwyt i zgadnie skąd to nieszczęsne "jednakowoż"?

A dziś miałam napisać o czymś zupełnie innym, cóż, kiedy nieprzewidziane okoliczności ograniczyły mój czas przeznaczony na czytanie. Na biurku już czeka pokaźna sterta książek:
jest Tischnera "Wybór pism filozoficznych" i "Historia filozofii po góralsku", Dostojewskiego "Białe noce" i "Sobowtór", Antoniego Kępińskiego "Psychopatie", Jana Błońskiego "Od Stasia do Witkacego", Jeana Delumeau "Cywilizacja Odrodzenia" i pewnie jeszcze coś pominęłam.
Czasu! i spokoju.

Tymczasem w dobrze znanej książce (Herbert, Wiersze Zebrane, s. 210) odkryłam znów coś nieznanego.

***

Ogród botaniczny

To jest pensjonat roślin, prowadzony bardzo surowo jak szkoły klasztorne. Trawy, drzewa i kwiaty rosną przyzwoicie bez żadnej wegetacyjnej bujności, wystrzegając się niedozwolonych pieszczot z trzmielami. Są wciąż skrępowane swoją łacińską godnością i tym, że muszą być przykładem. Nawet róże sznurują usta. Marzą o zielniku.

Staruszkowie przychodzą tu z książkami i zasypiają pod ospałe tykanie słonecznych zegarów.

***


Prawdziwy hasard objectif sprawił, że ten tekst łączy się idealnie z pewnym moim projektem, niepoważnym, takim z gatunku prowokacji w stylu Zorby (pamiętacie jak ten namawiał swojego zagubionego w księgach i w świecie pracodawcę-przyjaciela do spalenia tych jego ksiąg?). Projekt mój jest właśnie niepoważny, podobnie jak niepoważny jest dzisiejszy wpis - za co z góry przepraszam ludzi poważnych, zapewniając, że to nieprędko się powtórzy. Ale wokół taka wiosna, we Francji wszyscy dają sobie bukieciki konwalii, życzą sobie szczęścia...
Ten mój projekt, to nic więcej jak taki bukiet konwalii.



2009-04-27

Tischner a Dostojewski

Czy pisałam już, że klasyka literatury nie jest wbrew pozorom osadzona w przeszłości, lecz przeciwnie, przez swoją niezwykłą siłę dociera do prawdy, staje się ponadczasowa, zadziwia aktualnością? Może nie jest to nowa ani oryginalna myśl, ale dla mnie jest ciągle źródłem wielu zaskakujących odkryć.

Na początek, ryzykując, że nadużyję cierpliwości czytelników, przypomnę pewien fragment z "Braci Karamazow", który już wcześniej cytowałam (cały wpis jest tutaj, może ktoś zechce też przeczytać dyskusję o czytaniu Dostojewskiego i karkołomnym zestawieniu go z Houellebecqiem). Warto przeczytać ten fragment i odnieść go najpierw do kondycji ludzkiej w naszych czasach a potem porównać z bardzo ważnym tekstem Tischnera zatytułowanym "Ludzie z kryjówek". Ten ważny esej powstał w 1978 roku i nie tylko nie stracił na aktualności, ale wręcz może być uznany za jedną z wyjątkowo trafnych analiz naszych postaw tu i teraz, u progu XXI wieku. Artykuł Tischnera przeczytałam dopiero wczoraj, teraz postanowiłam zestawić go z tekstem Dostojewskiego, natomiast z całą pewnością warto omówić go osobno, przybliżyć i podać dłuższe fragmenty.

Dostojewski:

[...] najpierw nastąpić musi okres ludzkiej samotności [...] takiej, jaka obecnie wszędzie króluje, bo każdy dąży, by swoją osobistość wynieść ponad inne, chce odczuć w samym sobie najwyższą pełnię życia. Lecz wysiłki te prowadzą do duchowego samobójstwa, bo zamiast w pełnię samopoczucia jednostki, wpada człowiek w zupełną samotność. Wszystko w naszym wieku rozpada się na jednostki, każdy kryje się w swojej norze i ukrywa, co może, i kończy się na tym, że się oddala od ludzi, i sam ich od siebie odpycha. Gromadzi w samotności bogactwa, myśląc: "jaki ja jestem silny i bezpieczny", a nie wie szaleniec, że im więcej gromadzi, tym głębiej pogrąża się w samobójczą bezsilność. Bo przywykł liczyć tylko na siebie samego, oddzielił się jako jednostka od całości, nauczył duszę nie wierzyć w pomoc bliźniego, w ludzi i ludzkość, i drży cały czas, że przepadnie złoto oraz prawa jego. Powszechnie dziś ludzki umysł z uśmiechem nie pojmuje, że zabezpieczenie praw jednostki zależy nie od jej własnych zabiegów, lecz od całości powszechnej. Wybije jednak godzina dla tej strasznej samotności i zrozumieją wszyscy, jak sprzeczne z naturą jest to oddzielenie jednego od drugiego - aż się zadziwią, jak długo błądzili w ciemnościach.*

Tischner:

Niekiedy coś niedobrego dzieje się z ludzką nadzieją. Nadzieja jakby malała w człowieku, a wraz z tym maleje również przestrzeń jego życia. Gubi się gdzieś nadzieja rzetelna. Obcy staje się człowiekowi ethos nadziei. Człowiek, zamiast kroczyć swoją drogą, czuje się zmuszony szukać gdzieś w przestrzeni kryjówki dla siebie. W kryjówce tej chroni się przed światem i przed innymi. Przyszłość nie obiecuje człowiekowi nic wielkiego, pamięć przeszłości podsuwa mu przed oczy doznane porażki, przestrzeń nie zaprasza do żadnego ruchu. Wprawdzie w kryjówce nadzieja nie znika bez reszty, tylko maleje, ale maleje do tego stopnia, że staje się jedynie nadzieją przetrwania. Człowiek w kryjóce wierzy, że nosi w sobie jakiś skarb. Skarb ten stara się schować głęboko. Sam staje przy schowku i waruje. Miejsce, na którym stoi, otacza ścianą lęku. Ku wszystkim ludziom zbliżającym się do kryjówki kieruje podejrzenie, że zbliżają się po to, by go okraść i zniszczyć.**



*Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow, przełożył Wacław Wireński, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2005, s. 196-197
**Józef Tischner, Ludzie z kryjówek, in: O człowieku. Wybór pism filozoficznych, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2003, s. 199

2009-04-25

Dni Tischnerowskie - Jean Delumeau

IX Dni Tischnerowskie w Krakowie dobiegły już końca. Znalazłam się na nich nie tyle przypadkiem, co jakby poza głównym nurtem, bowiem przyciągnęła mnie przede wszystkim obecność specjalnego gościa tegorocznych spotkań, francuskiego historyka Jeana Delumeau.

Tischner pisał:
„Kiedyś filozofia rodziła się z podziwu wobec otaczającego nas świata (Arystoteles). A potem także z wątpienia (Kartezjusz). A teraz, na naszej ziemi, rodzi się ona z bólu. O jakości filozofii decyduje jakość bólu ludzkiego, który chce filozofia wyrażać i któremu chce zaradzać”.

(cytat podaję za stroną Tischner.pl i polecam ją zdecydowanie tym wszystkim, którym myśl Tischnera jest bliska, lecz także - a może przede wszystkim - tym, którzy do tej pory, podobnie jak ja, nie mieli dotąd sposobności bliskiego zaznajomienia się z jego filozofią). Nie znajdując w sobie fascynacji religijnymi dysputami, i nie znając właściwie pism Tischnera (może poza historią filozofii spisaną w gwarze góralskiej, która niegdyś ukazywała się w "Przekroju") wybrałam jedynie dwa spotkania z bogatego planu imprez przygotowanych przez organizatorów Dni Tischnerowskich. Dopiero wczoraj przeczytałam fragmenty eseju "Ludzie z kryjówek" i mam wrażenie, że to może być początek wczytania się w Tischnera; paralele, na których opiera się ów tekst - nawiązania do prac z dziedziny psychiatrii profesora Kępińskiego - czynią go interesującym nawet dla sceptyków wychowanych na Wolterze. Tischneriana pojawiać się będą z pewnością w zapiskach z moich lektur. Jednak tym, co przede wszystkim zainteresowało mnie w programie tegorocznych Dni, była obecność Jeana Delumeau, francuskiego historyka należącego do Académie des inscriptions et belles lettres, profesora Sorbony, autora licznych prac z dziedziny historii idei.

Książki Jeana Delumeau warto zobaczyć na stronie francuskiej księgarni fnac - nie tylko ich ilość, ale i waga gatunkowa są imponujące! Polski czytelnik zna z pewnością przede wszystkim "Cywilizację Odrodzenia" wydaną w serii ceramowskiej, oprócz tego na polski przetłumaczone zostały następujące pozycje:
"Grzech i strach: poczucie winy w kulturze Zachodu XIII-XVIII w."
"Historia raju: Ogród rozkoszy"
"Reformy chrześcijaństwa w XVI i XVII wieku"
"Strach w kulturze Zachodu"
"Wyznanie i przebaczenie"
i może jeszcze inne, które w mojej ignorancji pominęłam - jeśli tak, będę wdzięczna za uzupełnienie, sama też na pewno poszukam dalszych informacji.

Profesor Delumeau wziął udział we wczorajszej przedpołudniowej sesji naukowej "Lęk i nadzieja" zorganizowanej przez PAT oraz Instytut Myśli Józefa Tischnera. Oprócz niego wystąpili o. Jan A. Kłoczowski OP, Andrzej Leder, Jacek Prokopski i Karol Tarnowski, mówiąc o istocie lęku i nadziei oraz ich postrzeganiu w filozofii, teologii i psychoanalizie. Sesję prowadził Adam Workowski. Wystąpienia były rozpięte pomiędzy dwoma biegunami: z jednej strony rzeczowe, uporządkowane, klasyczne w formie (K.T.), z drugiej, imponujące konstrukcją pustych pojęć, opartą na parach przeciwieństw realizujących się jednocześnie i wykluczających się wzajem (A.L. i jego tajemniczy wykład o psychoanalizie, Freudzie, pożądaniu, Innym, i uprzedmiotowieniu, od którego słów łatwiejsze w odbiorze, nie wspominając o ciężarze gatunkowym, wydają mi się pisma samego Lacana). Ważne, a przy tym przystępne w formie i pozbawione wszelkiej retoryki było wystąpienie o. Kłoczowskiego, które poświęcił innemu jeszcze terminowi, uchodzącemu dziś za archaiczny - słowu "bojaźń", o tyle przecież istotnemu, że opisuje sferę nie objętą przez terminy "strach" (przed czymś określonym) czy "lęk" (egzystencjalny, metafizyczny). Jeżeli miałabym mówić o moich subiektywnych odczuciach, to zdecydowanie najbardziej spodobał mi się wykład o Kierkegaardzie, który wygłosił Jacek Prokopski. Swoboda ale i precyzja wypowiedzi, wyjątkowa osobowość "sceniczna" - w jak najlepszym sensie tego słowa! Jak dla mnie - majstersztyk. Szkoda, że tak rzadko zdarzają się prelegenci, którzy nie tylko mają coś istotnego do powiedzenia - ale potrafią to powiedzieć, potrafią nawiązać kontakt ze słuchaczami, przykuć ich uwagę, wygłaszać referat jak na deskach sceny a nie czytać mozolnie z kartek.

Taką cenną umiejętność posiadł też Jean Delumeau, a słuchanie go jest tym większą przyjemnością, że łączy się z szacunkiem dla jego wiedzy i wieku - czcigodny profesor to rocznik 1923! Słuchając go, nie sposób uwierzyć, że ten erudyta -mistrz słowa, umysł precyzyjny i ostry, skrzący się inteligencją dowcip (co tak dobrze oddaje francuskie słowo "esprit" ) - że ten wspaniały człowiek ma już 85 lat. Popołudniowy wykład Profesora odbył się w Auli Collegium Novum a poświęcony został Tommaso Campanelli - dominikaninowi, który blisko trzydzieści lat spędził w więzieniach Inkwizycji, filozofowi i astrologowi, znawcy kabały i polityki, który zasłynął jako twórca utopijnej idei Miasta Słońca. Delumeau poświęcił tej barwnej postaci książkę "Le mystère: Campanella", która niebawem - jak dowiedziałam się od samego profesora - ukaże się w polskim tłumaczeniu.

Wszystkim, którzy znają francuski, gorąco polecam ten artykuł, znajdziecie tam link do wywiadu radiowego, w którym profesor Delumeau mówi właśnie o niezwykłym, tajemniczym Campanelli. Dla mnie to nagranie będzie wspomnieniem i namiastką wykładu, którego dane mi było wczoraj wysłuchać. Trudno opisać, jakie wrażenie pozostawiają nie tyle słowa, co żywa obecność prawdziwej legendy, jedynego już może żyjącego przedstawiciela tamtej szkoły historycznej, a przy tym wszystkim człowieka niezwykle życzliwego, ujmującego niespotykaną już dziś uprzejmością. Rozmowy z nim będą jednym z moich najważniejszych "literackich" wspomnień. A na pamiątkę (również na pamiątkę mojej courage ;) zostaje mi autograf:



2009-04-21

Tarnina

Bywa, że gdy przeczyta się tytuł jakiegoś nieznanego dotąd wiersza, powstaje w ułamku sekundy wyobrażenie możliwej jego treści, niezależna od rozumowych przesłanek projekcja wyobraźni. Potem rozdźwięk wyobrażeń i rzeczywistości. I zdziwienie. Największe, najboleśniejsze zdziwienie przyniosło mi czytanie jednego z wierszy Herberta. A przynajmniej ten przypadek zapamiętałam, choć minął już rok.

[wiersz zapadł w pamięć jak - szeroki klin polarnego powietrza wbity po nasadę w powietrze]

Naprawdę, nie oczekiwałam sielankowych opisów, znam gorzki smak innych jego wierszy, słony posmak ironii, ale nie spodziewałam się tego:


Tarnina

Konstantemu Jeleńskiemu

Wbrew najgorszym przewidywaniom wróżbitów pogody
- szeroki klin polarnego powietrza wbity po nasadę w powietrze -
wbrew instynktowi życia świętej strategii przetrwania
- inne rośliny z namysłem zbierają siły do skoku
i na czarnych liniach frontu gromadzą pąki przed atakiem -
zanim Prospero podniesie rękę
tarnina rozpoczyna solowy koncert
w zimnej pustej sali

ten przydrożny krzew łamie
zmowę ostrożnych
i jest
jak piękni młodzi ochotnicy
którzy giną w pierwszym dniu wolny w nowiutkich mundurach
podeszwy butów ledwo zapisane piaskiem
jak gwiazdy poezji przedwcześnie zgasłe
jak wycieczka szkolna zabrana przez lawinę
jak ci co pośród ciemności widzą jasno
jak powstańcy którzy wbrew zegarom historii
wbrew najgorszym przewidywaniom
mimo wszystko zaczynają

o szaleństwo białych niewinnych kwiatów
zamieć oślepiająca
grzbiet fali
aubada z krótkim uporczywym ostinato
aureola bez głowy

tak tarnino
parę taktów
w pustej sali
a potem potargane nuty
leżą wśród kałuż i rudych chwastów
by nikt nie wspomniał

ktoś jednak musi mieć odwagę
ktoś musi zacząć

tak tarnino
kilka czystych taktów
to bardzo dużo
to wszystko

2009-04-13

Gracz

Ktoś może nawet pamiętać, że nie tak dawno, czytając "Braci Karamazow" - z niedowierzaniem, zachwytem i irytacją - obiecywałam sobie przerwę od Dostojewskiego. Miał być chłodny kompres i logiczne konstrukcje, racjonalna składnia, ład i harmonia. Potem okazało się, że irytacja "porywami duszy" i niebotycznym spiętrzeniem emfatycznych wykrzykników jakoś przycichła, zeszła na drugi plan, w ogóle przestała być istotna przy odbiorze tego niesłychanego zjawiska. Trudno to racjonalnie wyjaśnić, chociaż mam przy tym wrażenie, że jest to przede wszystkim kwestia tłumaczenia, warto to będzie sprawdzić. A potem... Powiem tak: trudno jest sięgnąć po jakąkolwiek książkę, gdy już się skończy "Braci Karamazow", próbowałam. I wreszcie przeczytałam, co Direlasua pisze o "Graczu" - wtedy, jak sądzę, przepadłam już na dobre. Na nic obietnice, na nic spokój, ład i harmonia. Przeczytałam "Gracza" w zawrotnym tempie - inaczej nie sposób - to wyścig z nieuchronnym przeznaczeniem. Tekst z "Poczytalni" chciałabym uzupełnić jedynie o kilka cytatów i pewien znamienny szczegół biograficzny, może powszechnie znany, bo niezwykle charakterystyczny, ale przyznam, że ja nie wiedziałam, jakie były okoliczności powstania tej właśnie powieści Dostojewskiego.

Otóż w 1862 roku czterdziestoletni Dostojewski rozpoczyna podróż po Europie - zwiedza Londyn, Paryż, Niemcy, Włochy, Szwajcarię, poznaje słynnych rosyjskich emigrantów (Hercena, Bakunina) i... odkrywa w sobie ducha hazardzisty. Ma nadzieję na ogromne wygrane (ruletka) i często zostaje bez grosza. Do Petersburga wraca w 1863 roku, niebawem spotyka go seria osobistych tragedii: umiera jego żona, dwa miesiące później brat. Dostojewski podejmuje się spłacenia długów brata, pomaga finansowo wdowie i bratankom a jego sytuacja materialna już wkrótce staje się tragiczna. Latem 1865 Dostojewski zawiera z wydawcą Stiełłowskim kontrakt na nową powieść, kontrakt iście diabelski - zobowiązuje się napisać w ciągu roku powieść o określonej wielkości, jeżeli zaś nie dotrzyma warunków, wydawca zyska wyłączne prawo własności do wszystkich dzieł pisarza, które powstaną w przyszłości. Jako że Dostojewski pracował jednocześnie - przez wiele miesięcy - nad "Zbrodnią i karą", zadanie wydawało się niemożliwe do zrealizowania. Do terminu umowy pozostał miesiąc. Dostojewski zatrudnił do pomocy stenografistkę, Annę Grigoriewną Snitkin i w ciągu zaledwie miesiąca powstała przewidziana diabelską umową powieść - "Gracz". Praca nad książką zbliżyła pisarza i młodziutką dziewczynę (jak to było? "Tego dnia jużeśmy nie czytali więcej" ;) kilka miesięcy po tej literackiej grze hazardowej odbył się ich ślub.

Nieprawdopodobne historie pisze sobie życie, n'est-ce pas? Gdyby jakiemuś pisarzowi przyszedł go głowy podobny zarys powieści, pewnie by się powstrzymał, z obawy przed banałem i kiczem. Ale wracając do 'romansu', nie wszystko rysowało się w tak różowych barwach - on przegrywał tysiące w kasynach, zastawiał biżuterię i suknie żony, wkrótce potem pojawiły się ataki choroby. Natomiast Anna zaczęła przejawiać niewiarygodną przedsiębiorczość i dzięki jej talentowi do robienia interesów sytuacja finansowa rodziny stopniowo się poprawiała i powoli długi zostały spłacone. Anna Dostojewska wspominała po latach:

Rzeczywiście byliśmy z mężem ludźmi "o zupełnie innej mentalności, o innym charakterze", lecz "zawsze pozostając sobą", ani trochę nie dostosowywaliśmy się do siebie i nie wtłaczaliśmy swoich dusz - ja w jego psychikę, on w moją, dzięki czemu zarówno mój dobry mąż, jak i ja, czuliśmy się wolni duchem. Fiodor Michałowicz, który tak wiele rozmyślał w samotności o tajnikach duszy ludzkiej, bez wątpienia cenił sobie to, że nie mieszałam się w jego duchowe i umysłowe życie i dlatego zapewne niekiedy mówił do mnie: "Jesteś jedyną kobietą, która mnie zrozumiała"

Pod rozwagę wszystkim dążącym za wszelką cenę do "osmozy" i duchowej komunii ;)

"Gracz" to uderzające wnikliwością (trudno chyba zaprzeczyć, że pojawiają się motywy autobiograficzne i przenikliwość wynika z introspekcji) studium nałogu, chorobliwego uzależnienia, które posiada wszelkie symptomy jakiejś strasznej choroby - człowiek nią dotknięty widzi jej postępy, walczy, choć wie, że wysiłki będą bezcelowe, łudzi się nadzieją. Walczy z chorobą i poddaje się jej, oddzielony od niej i zarazem z nią tożsamy, schizofrenicznie podzielony na dwoje, ma świadomość upadku - do końca. Jest w tym jakaś delectatio morosa, jest też zgoda na los, jest poczucie honoru ("lepiej być lokajem niż złodziejem") i poczucie... humoru. Bardzo to współczesne - jak zresztą cały Dostojewski, nieodmiennie mnie tym zaskakuje - nieco może "camusowskie", taki egzystencjalny upadek i na pewno nie ma taniego moralizatorstwa.
A przy tym wszystkim - ten pęd, wir, jak rosyjska trojka, jak koło ruletki.

***

Oto już prawie miesiąc minął, jak nie zaglądałem do tych notatek, zaczętych pod wpływem wrażeń, chociaż chaotycznych, lecz silnych. Katastrofa, którą przeczuwałem, istotnie nastąpiła, ale sto razy większa i bardziej nieoczekiwana, niż myślałem. Wszystko to było jakieś dziwne, okropne, a nawet tragiczne, przynajmniej dla mnie. Działy się ze mną rzeczy prawie niezwykłe, tak przynajmniej patrzę na nie dotychczas - chociaż z innego punktu widzenia, zwłaszcza w porównaniu z kołowrotem, w którym się wówczas kręciłem, były one zaledwie niecodzienne. Ale najbardziej zadziwiający był dla mnie mój osobisty stosunek do tych wszystkich przeżyć. Dotąd nie mogę zrozumieć sam siebie! I wszystko to przemknęło jak sen - nawet moja namiętność, a ta przecież była silna i prawdziwa, ale... gdzież się ona teraz podziała? Doprawdy nieraz przychodzi do głowy: "Czy ja aby wtedy nie zwariowałem i czy nie siedziałem przez cały ten czas gdzieś w domu wariatów, a może i teraz siedzę - i to wszystko mi się zdawało i dotychczas się zdaje..."

Zebrałem i przeczytałem moje notatki. (Kto wie, może po to, żeby się przekonać, czy nie pisałem ich w domu wariatów?) Jestem teraz sam jeden. Nadchodzi jesień, liście żółkną. Siedzę w tym ponurym miasteczku (o, jakie ponure są niemieckie miasteczka!) i zamiast obmyślać najbliższy swój krok, pozostaję pod wpływem tylko co minionych wrażeń, pod wpływem świeżych wspomnień, pod wpływem tego niedawnego wichru, który mnie porwał wtedy w ów kołowrót i znowu gdzieś odrzucił. Zdaje mi się niekiedy, że wciąż jeszcze krążę wśród tego wichru i że lada chwila znowu nadciągnie burza i zagarnie mnie mimochodem swoim skrzydłem, a ja znowu, tracąc poczucie porządku i miary, zakręcę się, zakręcę, zakręcę...

***


Jak było do przewidzenia teraz w czytaniu jest... Dostojewski. "Idiota"


Anna Dostojewska, Wspomnienia, Warszawa 1974, s. 464. Cytat za: Anna Kluzek [Posłowie] Bracia Karamazow.
Fiodor Dostojewski, Gracz, tłumaczył Władysław Broniewski, Wydawnictwo Siedmioróg, Wrocław 1992, s. 127

2009-04-12

triduum

Trzy wiersze na triduum. Zbigniew Herbert.


Na marginesie procesu


Sanhedryn nie sądził w nocy
czerń potrzebna wyobraźni
jaskrawo nie zgadza się ze zwyczajem

jest rzeczą nieprawdopodobną
aby gwałcono święto Paschy
z powodu mało groźnego Galilejczyka
podejrzana wydaje się zgodność opinii
tradycyjnych antagonistów - Saduceuszy i Faryzeuszy

do Kajfasza należało przeprowadzenie śledztwa
ius gladii był w ręku Rzymian
po co więc wołać cienie
i tłum wyjący uwolnij Barabasza

jak się zdaje cała sprawa rozegrała się między urzędnikami
bladym Piłatem i tetrarchą Herodem
postępowanie administracyjne nienaganne
ale któż z tego potrafi uczynić dramat

Stąd sceneria płochliwych brodaczy
i motłoch który idzie pod górę zwaną
czaszka

To mogło być szare
bez namiętności


***


Domysły na temat Barabasza


Co stało się z Barabaszem? Pytałem nikt nie wie
Spuszczony z łańcucha wyszedł na białą ulicę
mógł skręcić w prawo iść naprzód skręcić w lewo
zakręcić się w kółko zapiać radośnie jak kogut
On Imperator własnych rąk i głowy
On Wielkorządca własnego oddechu

Pytam bo w pewien sposób brałem udział w sprawie
Zwabiony tłumem przed pałacem Piłata krzyczałem
tak jak inni uwolnij Barabasza Barabasza
Wołali wszyscy gdybym ja jeden milczał
stałoby się dokładnie tak jak się stać miało

A Barabasz być może wrócił do swojej bandy
W górach zabija szybko rabuje rzetelnie
Albo założył warsztat garncarski
I ręce skalane zbrodnią
czyści w glinie stworzenia
Jest nosiwodą poganiaczem mułów lichwiarzem
właścicielem statków - na jednym z nich żeglował Paweł do
Koryntian
lub - czego nie można wykluczyć -
stał się cenionym szpiclem na żołdzie Rzymian

Patrzcie i podziwiajcie zawrotną grę losu
o możliwości potencje o uśmiechy fortuny

A Nazareńczyk
został sam
bez alternatywy
ze stromą
ścieżką
krwi


***


Rozmyślania Pana Cogito o odkupieniu


Nie powinien był przysyłać syna

zbyt wielu widziało
przebite dłonie syna
jego zwykłą skórę

zapisane to było
aby nas pojednać
najgorszym pojednaniem

zbyt wiele nozdrzy
chłonęło z lubością
zapach jego strachu

nie wolno schodzić
nisko
bratać się krwią

nie powinien przysyłać syna
lepiej było królować
w barokowym pałacu z marmurowych chmur
na tronie przerażenia
z berłem śmierci

2009-04-11

Samedi Saint ou le rituel païen

Kto wie, czy przewrotna siła przekory nie należy do najpotężniejszych.

Taki może być klucz do zrozumienia, czemu nawiązania do triduum pojawiają się w najmniej może oczekiwanym miejscu, u osoby może nawet nie uprawnionej do używania takich terminów. Co powiedzieliby mistrzowie moich młodych lat - Diderot, Voltaire, Breton, Crevel? Jestem pewna, że nie sprzeciwiliby się dążeniu do uczciwości w myśleniu, do odrzucenia przesądów i hipokryzji. Nie będę wdawać się w rozważania, czy warstwa obrzędowości katolickiej kryje jeszcze jakąś głębię i prawdziwie chrześcijańską myśl. Może nie powinno się nawet krytykować czegoś, co niesie pociechę albo radość, może tylko trzeba mieć zdolność dostrzeżenia tego, co istotne pod warstwą tradycji - coraz bardziej rozpasanej, kolorowej, pełnej przepychu, uginających się stołów, jedzenia, jedzenia, jedzenia - iście gargantuiczna uczta, tylko o poście jakoś się nie pamięta, ani o tym, co najważniejsze. Zdaję sobie sprawę, że nie mam najmniejszego prawa do krytyki - outsider ma chyba więcej problemów niż praw. A jednak złożę ofiarę duchowi przekory i także w drugi dzień triduum przytoczę słowa, które z całą siłą, bezpośrednio, omijając warstwy rytuałów katolicko-pogańskich dążą wprost do epicentrum.


Fiodor Dostojewski, "Bracia Karamazow" op. cit. s. 202-204.

***

Ojcowie i nauczyciele, co to jest mnich? W świecie oświeconym wymawia się to słowo w naszych czasach nawet z szyderstwem, niektórzy jako wymysł i to im dalej, tym więcej. Prawda, niestety, że w mnisim stanie wielu jest darmozjadów, obżerców, lubieżników oraz bezczelnych włóczęgów i wydrwigroszów. Wskazują na nich ludzie światli: "lenie z was - powiadają - bezużyteczni członkowie społeczeństwa, z cudzej pracy żyjecie, bezwstydni żebracy!" A jednak iluż w stanie mnisim pokornych i cichych, łaknących połączenia z Bogiem i płomiennej modlitwy w ciszy. Na tych mniej wskazują, a nawet obchodzą milczeniem i jakżeby się zdziwili, jeżeli bym im powiedział, że od tych cichych i łaknących cichej modlitwy wyjdzie raz jeszcze zbawienie ziemi rosyjskiej! Albowiem zaiste przygotowani są w ciszy "na dzień i na godzinę, na miesiąc i na rok". Obraz Chrystusa ochronią dotąd w samotności swej zbożnie i bez skazy, w czystości prawdy Bożej według najstarszych ojców, męczenników i apostołów. I gdy dzień przyjdzie, ukażą go zachwianej prawdzie świata. Oto myśl wielka. Od wschodu gwiazda zajaśnieje.

Tak myślę o mnichu i czyżbym myślał fałszywie, czyżby pysznie? Spójrzcie, czyż u świeckich w całym świecie nie wypaczył się obraz Boga i prawdy Jego? Mają naukę, a w nauce to tylko, co zmysłom podlega. Świat duchowy, wyższa część istoty ludzkiej, odrzucony został całkowicie, wygnany z triumfem, z nienawiścią. Obwieścił świat wolność, w ostatnich zwłaszcza czasach, ale cóż w tej wolności widzimy - niewolnictwo jedynie i samobójstwo. Rzecze świat bowiem: "masz potrzeby, więc i nasycaj je, bo masz takie same prawa, jak najznakomitsi i najbogatsi" - oto najnowsza nauka świata, w tym widzą wolność. A cóż z tego prawa wynika? Dla bogatych samotność i duchowe samobójstwo, dla biednych - zawiść i mord, bo prawa na to dali, ale środków zaspokojenia potrzeb nie wskazali. Zapewniają, że świat coraz bardziej łączy się w braterstwie, bo zmniejszają się odległości, myśli się na odległość przekazuje.* Niestety, nie wierzcie takiemu braterstwu. Pojmując wolność, jako szybkie zaspokojenie potrzeb, wykrzywiają naturę swoją, wytwarzając wiele bezmyślnych i głupich żądz, nałogów i najniedorzeczniejszych wymysłów. Żyją jeno zawiścią, rozwiązłością i sknerstwem. Obiady, przejażdżki, powozy, dostojeństwa i słudzy-niewolnicy, to konieczności, dla których poświęca się nawet życie, honor i miłość bliźniego, wielu zaś, gdy tego nie osiągnie, zabija się. Biedni chwilowo jeszcze zagłuszają w sobie niedostatek i zawiść pijaństwem, prędko jednak zamiast wina upiją się krwią, do czego już ich nawołują. Zapytuję was: zali wolny jest taki człowiek? Znałem jednego "bojownika za ideę", który sam mi opowiadał, że gdy w więzieniu pozbawiono go tytoniu, tak był umęczony tym brakiem, że omal nie poszedł i nie zdradził swej "idei" byle tylko dano mu tytoniu. I taki powiada: "za ludzkość idę w bój". No i dokąd taki pójdzie i do czego się nadaje? Nic dziwnego, że zamiast w swobodę, popadł w niewolę, a zamiast w braterstwo i jedność ludzkości - w to osamotnienie, o którym mówił tajemniczy gość, nauczyciel mój**. Dlatego też w całym świecie z dnia na dzień gaśnie myśl o służeniu ludzkości, o braterstwie i jedności rodzaju człowieczego i doprawdy spotyka się myśl ta nawet z szyderstwem, bo jakże oderwać się od nałogów swoich? I doszli do tego, że bogactw materialnych nagromadzili, a radości mają coraz mniej.

Jakże inna jest droga mnicha! Z posłuszeństwa, postu i modlitwy nawet, śmieją się świeccy, a przecież przez nie jeno wiedzie droga ku prawdziwej swobodzie. Wyrzekam się potrzeb ziemskich i zbędnych, samolubną i pyszną wolę swoją uspokajam i biczuję, osiągając tym z pomocą Bożą wolność ducha, a z nią i wesele ducha! Któż z nich zdolny jest objawiać wielką myśl i jej służyć - czy samotny bogacz, czy wyzwolony z tyranii rzeczy i nałogów?


***


* Słowa pisane przed stu trzydziestu laty.
** Nawiązanie do innego fragmentu, o uderzającej zresztą aktualności, który przytoczyłam tutaj.

recenzja - rozważania na marginesie

Zamiast podsumowania wrażeń z czytania "Braci Karamazow", zamiast próby recenzji - nastąpi dygresja, tak bywa, gdy potykam się o jakieś słowo a ono wywołuje całą chaotyczną lawinę - rzecz niedopuszczalna i gdyby wśród moich czytelników zdarzyły się osoby rygorystyczne i ceniące sobie logikę wypowiedzi, to proszę je już teraz o wyrozumiałość...

To słowo "recenzja" brzmi dla mnie w tym kontekście (Dostojewski, czy w ogólnym rozumieniu "literatura wysoka") jak zgrzyt i pomyślałam, że warto by zastanowić się nad źródłem tej niechęci, niechęci do ich pisania, bo przecież czytam chętnie dobrze napisane recenzje. Myślę, że uprzedzam się tutaj do samego terminu, trudno mi pogodzić się z tym, co niesie jego etymologia, poza tym wszystkim przemawia przeze mnie niechęć do ferowania wyroków, do wyrażania sądów i ocen - bo i z jakiej właściwie racji? z czyjej perspektywy? Dlaczego mój "wysiłek" czytania ma mnie uprawniać do krytyki tworzenia? Czy to nie jest niewspółmierne?

Wyjaśnię - nie chodzi mi o formułowanie opinii, ale o krytykę, która zbliża się wręcz czasem do wymiaru sprawiedliwości, przy czym mówiąc o "obiekcie krytyki" czy "przedmiocie recenzji" mam tu ciągle na myśli ten rodzaj literatury, jaki czytuję już od pewnego czasu, to znaczy wybierane świadomie dzieła należące do klasyki - jakkolwiek ten termin byłby nieprecyzyjny, dla mnie oznacza też dzieło, wobec którego odczuwa się podziw. Prawda, jakie niemodne pojęcie? Mogę sobie wyobrazić oburzenie wszelkich "dekonstrukcyonistów" żądających desakralizacji literatury i wyśmiewających każdą opinię, w której przejawia się szacunek i właśnie podziw, co w ich mniemaniu jest przejawem czołobitności, niezdolności do samodzielnego myślenia i tworzenia. Przecież to rzecz oczywista, że każdy z nich, gdyby zechciał, napisałby to lepiej, jego wersja jest równoprawna z wersją pisarza, co ja mówię, o wiele lepsza, dlatego właśnie, że jego - może jej nawet nie pisać, a i tak będzie najlepsza. Cóż... w takim razie pozostaje powiedzieć jedno: napisz to, stwórz coś na miarę książki, którą recenzujesz, zamiast krytykować.

Żeby było ciekawiej (curiouser and curiouser, jak mawiała Alicja) - słowa te kieruję przede wszystkim do siebie, jako że nazbyt często zdarza mi się wypowiedzieć jakąś bezmyślną opinię i krytykę - jak ostatnio w dyskusji o Dostojewskim. Tak bywa najczęściej, gdy straci się z oczu perspektywę całości i skoncentruje na jakimś uwierającym drobiazgu, który irytuje najczęściej tylko dlatego, że się go nie rozumie.

Skoro już udało mi się mocno okrężną drogą powrócić do Dostojewskiego, zakończę moje marginalne (bo na marginesie i w zasadzie niewiele warte) rozważania o recenzjach takimi jeszcze uwagami: przede wszystkim mówiąc "recenzja" nie miałam na myśli ani przemyślanej opinii, do której ma prawo każdy porządny czytelnik, ani myśli krytycznej, tzn. poważnego eseju stworzonego na solidnej bazie wiedzy. Po drugie, myślę, że gdyby już zaistniała taka konieczność, to najchętniej pisałabym recenzje książek złych - to znaczy w moim przekonaniu byle jakich, nieudolnych, pełnych rażących błędów, książek, które przy tym wszystkim są modne, poczytne i szerzą epidemię powszechnego ogłupiania. Bardzo możliwe, że to wyraz neo-pozytywistycznej manii, egotyzmu albo snobizmu, na szczęście jednak ten zamiar nie zostanie zrealizowany - za bardzo sobie cenię czytanie rzeczy dobrych i pisanie o nich - tak, z podziwem!

2009-04-10

Vendredi Saint ou la profession de foi non-chrétienne


Ballada o tym że nie giniemy



Którzy o świcie wypłynęli
ale już nigdy nie powrócą
na fali ślad swój zostawili -

w głąb morza spada wtedy muszla
piękna jak skamieniałe usta

ci którzy szli piaszczystą drogą
ale nie doszli do okiennic
chociaż już dachy było widać -

w dzwonie powietrza mają schron

a którzy tylko osierocą
wyziębły pokój parę książek
pusty kałamarz białą kartę -

zaprawdę nie umarli cali

szept ich przez chaszcze idzie tapet
w suficie płaska głowa mieszka

z powietrza wody wapna ziemi
zrobiono raj ich anioł wiatru
rozetrze ciało w dłoni
będą
po łąkach nieść się tego świata




Zbigniew Herbert, Wiersze zebrane, Wydawnictwo a5, 2008, s. 54

2009-04-09

Bajka na przejście...

... od Dostojewskiego do Herberta. Absurdalne? Czemu nie. Obiecywałam sobie dla wytchnienia po "Braciach Karamazow" kojącą lekturę i chłodny kompres, zresztą, czy potrzebuję pretekstów do czytania Herberta? Niedawno w znanej, jak sądziłam, książce odkryłam nieznane stronice: proza poetycka. Niektóre fragmenty czytałam, o innych zapomniałam, inne jeszcze ominęłam kiedyś, by odkryć je teraz właśnie. Do tego prowadzi brak systematyczności w czytaniu - do olśnień!
Oczywiście "Bajka ruska" tak się ma do "Braci Karamazow" jak...
[tutaj miejsce na dowolnie wybraną analogię]
zresztą, niech każdy odczyta to jak zechce, może być nawet w odniesieniu do polityki - co więcej, to podobno najbardziej właściwe odczytanie wielu dzieł Herberta, w przekonaniu samego autora.


Bajka ruska

Postarzał się car ojczulek, postarzał. Już nawet gołąbka własnymi rękami nie mógł zadusić. Siedział na tronie złoty i zimny. Tylko broda mu rosła do podłogi i niżej. Rządził wtedy kto inny, nie wiadomo kto. Ciekaw lud zaglądał do pałacu przez okno, ale Kriwonosow zasłonił okna szubienicami. Więc tylko wisielcy widzieli co nieco.
W końcu umarł car ojczulek na dobre. Dzwony biły, ale ciała nie wynoszono. Przyrósł car do tronu. Nogi tronowe pomieszały się z nogami carskimi. Ręka wrosła w poręcz. Nie można go było oderwać. A zakopać cara ze złotym tronem - żal.*


Inny fragment poetyckiej prozy, tak zwięzły, że przypomina dzieło japońskich mistrzów - to impresja, zapis widzenia, wrażenia wywołanego obrazem - może jednym konkretnym, może wieloma podobnego rodzaju, zapamiętanymi z muzealnych peregrynacji, jako ich synteza. Niech mi będzie wolno pozostawić marny opis tego wiersza tam, gdzie jest, to znaczy na przedpolu tego, co istotne. A sama "Martwa natura" niech będzie ilustracją do słów, jakie poświęciła Herbertowi autorka Słowem Malowane.


Martwa natura

Z przemyślaną niedbałością wysypano na stół te kształty przemocą odłączone od życia: rybę, jabłko, garść jarzyn przemieszanych z kwiatami. Dodano do tego martwy liść światła i małego ptaka o skrwawionej głowie. Ów ptak zaciska w skamieniałych szponach małą planetę złożoną z pustki i zabranego powietrza.**


* s. 231
** s. 215

2009-04-02

czytanie Dostojewskiego

Czytanie Dostojewskiego można by opisać jako znane fizyce zjawisko naprzemiennego - a czasem jednoczesnego - działania dwóch przeciwstawnych sił. Atrakcja i repulsja.
Po stronie przyciągania zapisać trzeba wyjątkową przenikliwość widzenia (wizjonerstwo?) i ponadczasowość. Czasem wydaje mi się, że taki Houellebecq (choćby w "Cząstkach elementarnych") tłumaczy fragmenty z Dostojewskiego na francuski i podaje je jako własne, przyprawiając jedynie pornografią i wyciągając skrajnie odmienne wnioski (wiara - ateizm). Opisy syndromów choroby, jej genezy, wydają się być zaskakująco podobne.


[...] najpierw nastąpić musi okres ludzkiej samotności [...] takiej, jaka obecnie wszędzie króluje, bo każdy dąży, by swoją osobistość wynieść ponad inne, chce odczuć w samym sobie najwyższą pełnię życia. Lecz wysiłki te prowadzą do duchowego samobójstwa, bo zamiast w pełnię samopoczucia jednostki, wpada człowiek w zupełną samotność. Wszystko w naszym wieku rozpada się na jednostki, każdy kryje się w swojej norze i ukrywa, co może, i kończy się na tym, że się oddala od ludzi, i sam ich od siebie odpycha. Gromadzi w samotności bogactwa, myśląc: "jaki ja jestem silny i bezpieczny", a nie wie szaleniec, że im więcej gromadzi, tym głębiej pogrąża się w samobójczą bezsilność. Bo przywykł liczyć tylko na siebie samego, oddzielił się jako jednostka od całości, nauczył duszę nie wierzyć w pomoc bliźniego, w ludzi i ludzkość, i drży cały czas, że przepadnie złoto oraz prawa jego. Powszechnie dziś ludzki umysł z uśmiechem nie pojmuje, że zabezpieczenie praw jednostki zależy nie od jej własnych zabiegów, lecz od całości powszechnej. Wybije jednak godzina dla tej strasznej samotności i zrozumieją wszyscy, jak sprzeczne z naturą jest to oddzielenie jednego od drugiego - aż się zadziwią, jak długo błądzili w ciemnościach.


Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow, przełożył Wacław Wireński, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2005, s. 196-197


Trudno uwierzyć, że taka diagnoza dotyczy drugiej połowy XIX wieku, a nie początków XXI.

2009-03-28

fragmentary road

Pamiętam popołudnie, kiedy kupiłam tę książkę - tak dawno temu, że nawet wspomnienie o tym wydaje się nierealne. Nie ma już tamtej księgarni, ani dziewczyny, która kupowała książkę.
Książka - zbiór wierszy - czekała tyle lat, nieczytana, nieczytelna, wreszcie zapomniana. Odkryta niedawno, niesie radość i gorycz wszystkich archeologicznych odkryć.
Miłosz, zbiór wierszy "Hymn o Perle"

Tworzą go wiersze, przekłady - czy raczej adaptacje, aforyzmy, luźne kartki wspomnień - wszystko ujęte w sześć części:
I Hymn o Perle
II Czarodziejska Góra
III Ciemne i zakryte
IV Osobny zeszyt
V Kabir
VI Rue Descartes

Miłosza czytam chaotycznie, po dyletancku, pokonując niezliczone przeszkody - odnajdując czasem niespodziewanie klucz do odczytania tego czy innego wiersza, fragmentu, najczęściej w innym wierszu, innym pasażu, fragmencie zdania. Odpowiadają sobie wzajem, prowadzą niekończący się dialog - czasem udaje się odkryć takie powiązania, podsłuchać fragment takiej rozmowy. Trzy zimy - Ziemia Ulro - Ocalenie - Poema naiwne - Dolina Issy -Gucio zaczarowany: splątane ze sobą myśli, ponad czasem, powracające echa, transfiguracja obrazów. Czasem je odnajduję.

Rzecz jasna - poloniści odkryli już dawno te współbrzmiące głosy, na pewno wszystko zostało już wyjaśnione. Dlatego nie znajdzie się u mnie - recenzji, omówienia, analizy. Do tego potrzebna jest wiedza, aparat krytyczny, metoda i przygotowanie, warsztat pisarski, naukowe podejście. Wyjątkowo aktualne i trafne spostrzeżenia dotyczące sztuki recenzji i warunków, jakie ta powinna spełnić, jeżeli ma być czymś więcej niż publicystyką sterowaną marketingowymi wymogami, można znaleźć na blogu Sztuka Literacka w notce pod znamiennym tytułem "Biznes literatury".

Na legere necesse est nie będzie z całą pewnością ani naukowych recenzji (niestety) ani literackiego dziennikarstwa - jedynie zapis chwili. Ułamki chwil, odpryski, fragmenty, ślady czytania - o tym już wiedzą ci, którzy towarzyszą mi na tej fragmentary road, zawsze mile widziani compagnons de voyage.

Dziś - poetyka fragmentu par excellence. "Zdania" należą do działu "Czarodziejska góra".


***

Zdania


Portret
Zamknął się w wieży, czytał starożytnych autorów, na tarasie karmił ptaki.
Bo tylko tak mógł zapomnieć o poznaniu samego siebie.


Republika doskonała
Od samego rana, ledwo słońce tam trafi przez cieniste klony,
Chodzą rozpamiętując święte słowo: Jest.


Ład
Pozbawiony. A dlaczego nie miałbyś być pozbawiony?
Lepsi od ciebie byli pozbawieni.


Pocieszenie
Uspokój się. I twoje grzechy i twoje dobre uczynki okryje niepamięć.


Poeta nowoczesny
Zamknięty w Piekle mówi, że Piekło nie istnieje


Zagrożenie
Straszno pomyśleć że co zapomniałem będzie przypomniane


Pamięć i pamięć
Nie wiedzieć. Nie pamiętać. Z tą jedną nadzieją:
Że jest za rzeką Lethe pamięć uleczona.


Tęsknota
Nie żeby zaraz być jednym z bogów czy herosów.
Zmienić się w drzewo, rosnąć wieki, nie krzywdzić nikogo.


Ruch odwrotny
Już ruiny ich siedzib młody las porasta.
Wracają wilki i niedźwiedź śpi bezpiecznie w gąszczu malin.


Góry
Mokre trawy do kolan, maliniak na porębach wyższy od człowieka, chmura
u stoku, w chmurze czarny las.
I pasterze w średniowiecznych skórzniach nam na spotkanie schodzili.