środa, 18 grudnia 2013

LEKTURY SPRZED LAT. JANUSZ DOMAGALIK, "ZIELONE KASZTANY".



    Są książki, w których przy kazdym kolejnym czytaniu odkrywamy coś nowego. Czasami jest to tylko ciekawa, inspirująca myśl, która rodzi się pod wpływem ciągu skojarzeń. Czasami znajoma z pozoru lektura spada na nas lawiną wspomnień. Innym razem po latach odkrywamy w książce zupełnie nowe treści.
    Doświadczyłam tego wszystkiego, gdy wspominkowo sięgnęłam po tak niegdyś lubianą książkę Janusza Domagalika „Zielone kasztany”. Tej wielowątkowej, ulotnej historii jednej rodziny i kilku przyjaciół nie da się zamknąć w kilku prostych zdaniach. Ktoś szukał, ktoś cierpiał, ktoś kochał, ktoś czuł się samotny i niezrozumiany a ktoś jeszcze inny został niesprawiedliwie osądzony. To wszystko znajdziemy w tej niewielkiej książeczce. Ale treści w niej zawarte są  głębsze, trzeba tylko do nich dotrzeć. Autor nie podaje bowiem gotowych recept i odpowiedzi.
    Kilkunastoletni Marek mieszka z dziadkiem, matką i młodszą siostrą Irminą. Jest członkiem klubu sportowego i zapalonym piłkarzem, marzy o zagranicznym obozie sportowym. Ma grono znajomych i jednego wroga (a przynajmniej tak mu się wydaje). Niepokoi się  o dziadka, którego czeka poważna operacja. Niepokoi się o matkę, która staje się coraz bardziej nerwowa, smutna i nieobecna. Martwi się o piękną siostrę, którą aż nadto interesują się jego szkolni koledzy a ona sama buduje wokół siebie mur niedomówień i tajemnic. Przy tym daje się wciągnąć w szkolne, koleżeńskie zatargi, zachowując jednak przy tym wrodzoną wrażliwość i chęć poznania prawdy. I dążenie do jej odszukania jest własnie czynnikiem, który determinuje przebieg akcji i sposób odczytania przesłania powieści.
    Konstrukcja fabuły jest dość prosta ale nie jednowymiarowa. Znajdziemy tu przeskoki w czasie, wątki wspomnieniowe, niedopowiedzenia. Czytanie „Zielonych kasztanów” to jak układanie wieloelementowych puzzli – początkowo wszystko idzie gładko, ale im dalej się posuwamy, tym więcej napotykamy trudności z wpasowaniem odpowiedniego kawałka.
    Nie inaczej jest podczas lektury książki Domagalika. Pełny ogląd wydarzeń otrzymujemy dopiero po przeczytaniu całości i przemyśleniu pewnych, zaakcentowanych przez autora wątków.
Co spowodowało narastający dystans pomiędzy członkami kochającej się przecież rodziny? Co sprawiło, że Irma nie potrafiła porozumieć się z matką a trzymała się blisko dziadka? Jaką rolę odegrało w tej historii spłowiałe zdjęcie z czasów wojny? Dlaczego stary profesor Marka oniemiał na widok siostry swego ucznia? Czy pechowy wypadek Irmy był rzeczywiście do końca przypadkowy? Czy nowo poznana, intrygująca i nieznajoma (czy aby na pewno tak całkiem nieznajoma...?) dziewczyna stała się tą, za którą tęsknił bohater?
    Zaletą książki jest brak jednoznacznych odpowiedzi. Nie ma tu miejsca na grubo ciosane wątki, jest za to sporo przestrzeni dla własnych domysłów i osobistych odniesień. Być może dlatego właśnie „Zielone kasztany” wywołują to dziwne, zapomniane a przejmujące uczucie... Powraca atmosfera młodzieńczych buntów i niepokoju i te wszystkie znaki zapytania, którymi naznaczone były kiedyś wszystkie zakręty i skrzyżowania życiowych dróg. Przypominają się nieprzespane noce, pełne nieokreślonych tęsknot... za kim? za czym?
    Janusz Domagalik świetnie buduje atmosferę. Duszny zapach więdnących kwiatów akacji w zamkniętym pokoju koresponduje z nastrojem piętrzących się sekretów rodzinnych, rosnącego oddalenia i niechęci. Krok po kroku poznajemy kolejne niewiadome, razem z Markiem tropimy wzajemne, dość skomplikowane powiązania zdarzeń i ludzi. A gdy już je poznamy, pozostaje interpretacja. 
Na ile można potępiac kogoś, kto szukał szczęścia a nieumyślnie skrzywdził innych? Do jakiego stopnia nasza teraźniejszość powiązana jest z zapomnianą już przeszłością? Na ile powinniśmy brać odpowiedzialność za siebie i za swoich bliskich? Jaką rolę odgrywa w naszy życiu rodzina? I jak trudna i zawiła jest droga do poznania samego siebie?
Z pełną świadomością, że mój obiektywizm w ocenie książki jest, delikatnie mówiąc, dyskusyjny, polecam lekturę „Zielonych kasztanów”. Moim zdaniem to świetne remedium na chwilowe kryzysy związane z upływem czasu dla pokolenia 30+ i starszego. Ale nie tylko. 


poniedziałek, 16 grudnia 2013

LEKTURY SPRZED LAT. ZOFIA CHĄDZYŃSKA "PRZEZ CIEBIE, DRABIE"



  
  Wpadłam w ciąg czytania książek dla dzieci. Podejrzewanie mnie o uwstecznienie umysłowe byłoby jednak tylko po części słuszne. Są bowiem tylko dwa krótkie momenty w roku, gdy sięgam po lektury z czasów swej (pierwszej) młodości. Pierwszy to wakacje – ale koniecznie spędzane w domu rodzinnym, drugi to okres oczekiwania na Boże Narodzenie.
    Do napisania kilku słów na temat książki Zofii Chądzyńskiej zainspirowała mnie rozmowa z Zacofanym w Lekturze (wcześniej, nie wiedzieć czemu, nie nosiłam się z zamiarem upubliczniania swojego, ciut wstydliwego nawyku czytelniczego).
    „Przez ciebie, Drabie” to historia nastoletniej Wacławy (vel Dzidzi) Pahlówny, której fumy burzliwego okresu dojrzewania zakłócają relacje z najbliższymi a na ścieżkę poprawnego zachowania sprowadza ją nie kto inny, jak ukochany pies . Nie pokuszę się w tym miejscu o analizę porównawczą, jako, że współczesnej lieratury dla młodzieży nie znam. Prawie.
    Zgaduję jednak, że opowieść o poczciwej, choć humorzastej Dzidzi niekoniecznie znalazłaby wdzięcznych czytelników wśród dzisiejszych nastolatków. Bohaterka nie posiada modnych gadżetów (ba, kto wtedy je sobie wyobrażał!?), nie kolekcjonuje znajomych na fejsie, nie poluje na ciuchy w galeriach handlowych. 
Za to opiekuje się swoim dogiem-olbrzymem, który jest najbliższą jej istotą i powiernikiem wszystkich zmartwień. Trenuje skoki wzwyż. Kumpluje się z fajnym chłopakiem, potwierdzając, że przyjaźń damsko męska istnieje (nawet, jeśli mowa tylko o przyjaźni takich nieopierzonych smarkaczy). Próbuje zaimponować i zaprzyjaźnić się z oryginalną, śliczną, acz niezbyt rozgarniętą koleżanką. Jest zazdrosna o względy ojca, który ośmielił się bez jej błogosławieństwa związać z kobietą dużo młodszą od siebie i rywalizuje z macochą o jego względy, stosując nieczyste chwyty. Pod wpływem małego, rodzinnego dramatu z tytułowym Drabem w roli głównej, przekonuje się, iż rzeczona partnerka ojca nie jest, bynajmniej, sobowtórem straszliwej macochy z bajki o Kopciuszku, lecz życzliwą, pomocną i lojalną osobą (o pokręconej przeszłości w dodatku). W finale, oczywiście, następuje pomyślne zakończenie wszystkich wątków.
    Banalne? Podejrzewam, że z perspektywy współczesnych nastolatków żywot Dzidzi był niebywale nudny. Ani tu sensacyjnych przygód, ani wątku miłosnego z prawdziwego zdarzenia. Poza tym w książce nie ma ani jednej, nawet maciupeńkiej wzmianki o wampirach.
    Jest za to pies, który w ówczesnych realiach był dla bohaterki swego rodzaju ekwiwalentem najnowszego modelu iPada albo najbardziej wypasionej podróbki torby Louisa Vuittona (A może to już passé? Jako stare pokolenie nie jestem na bieżąco). Tak czy inaczej dzięki Drabowi Dzidzia jest popularna i lubiana w szkole - koledzy chętnie wypożyczają jej pupila „na podryw”.
    Czy to wystarczy, by książka mogła dzisiaj zaciekawić?
Nieco starsza młodzież (taka ciut po trzydziestce albo i lepiej) doceni na pewno klimaty retro i subtelne nawiązania do ówczesnych warunków życia.
      Jednak i dla młodszych pewne problemy pozostają uniwersalne, chociaż totalnej zmianie uległa sceneria, rekwizyty oraz związany z tym repertuar zachowań. Próby radzenia sobie z emocjami w okresie burzliwych przemian hormonalnych związanych z dojrzewaniem, budowanie relacji z rodzicem, który decyduje się na nowo układać sobie życie, dobór przyjaciół, kwestie odpowiedzialności – to tematy na tyle ponadczasowe, że powinny i dziś znaleźć odbiorców. O ile, rzecz jasna, ktoś zechce sięgnąć po tak starą książkę.

czwartek, 12 grudnia 2013

LEKTURY SPRZED LAT. JANINA PORAZIŃSKA "I W STO KONI NIE DOGONI"




 
  Są książki, z których się nie wyrasta. Czyta się je z wypiekami będąc dzieckiem a po latach wraca się do nich z prawdziwą przyjemnością. Ja mam na koncie wiele takich lektur. Są dla mnie jak wehikuł czasu, który przenosi mnie do tych dni, gdy byłam kilkuletnią, chorobliwie wstydliwą dziewczynką z warkoczem do pasa i oczami podkrążonymi od czytania do późna.
    Jedną z książek, które były w moim życiu od zawsze, są wspomnienia Janiny Porazińskiej o wiele mówiącym tytule „I w sto koni nie dogoni”. Czytała mi je mama do poduszki, czytałam je sama, gdy tylko posiadłam tę ważną umiejętność. Stareńki egzemplarz rozpadł się niemal od nieustannego kartkowania.
    Powtórka po latach nie rozczarowała mnie. Wprawdzie nie byłam już w stanie fascynować się, jak niegdyś, szczenięcymi figlami i zabawami bohaterki – autorki, jej rodzeństwa i przyjaciół, zwróciłam jednak uwagę na piękny język, humor, lekki styl oraz wątki historyczne i poznawcze.
    Porazińska opisuje swoje dzieciństwo, które przypadało na przełom XIX i XX wieku. Z perspektywy kilkuletniej dziewczynki oglądamy dawny Lublin, po ulicach którego jeździły dorożki (o samochodach wówczas ledwie słyszano) a porządku strzegli stójkowi. To czasy, w których obowiązywała nauka w języku rosyjskim a gimnazjaliści nosili mundurki z orłem carskiej Rosji na guzikach (które, na znak protestu, przyszywali do góry nogami).
    Autorka, przywołując postaci krewnych i znajomych, akcentuje ważne i znamienne dla historii kraju wydarzenia i zjawiska. Wspomina aresztowanie wuja Stasia, który za nieprawomyślność skazany został na karę więzienia.
Nie mogłam pojąć, za co wuja zaaresztowano. Czy co ukradł? Jakżeż takiemu małemu dziecku można było tłumaczyć o ruchu konspiracyjnym (...), o nielegalnych drukarniach, o przemycaniu tajnej „bibuły” ? (...) Pamiętam wygląd listów, które wuj przysyłał ze Szlisselburga. Każda strona przekreślona była na krzyż szeroką linią przezroczystej, żółtej farby. Był to stempel cenzury więziennej.
Przesiedział tam wuj dwa lata, potem przez pięć lat nie wolno mu było wracać do kraju. Po powrocie był wciaż pod obserwacją żandarmerii, pomimo to udawało mu się w dalszym ciągu pracować w konspiracji”.
    W rodzinie Janiny Porazińskiej tradycje konspiracyjne były, jak się okazuje, silnie zakorzenione. Kolejnym przykładem jest ciotka Janka, która potajemnie uczyła wiejskie dzieci, bo „szkół podstawowych, jak je wówczas nazywano – ludowych, po wsiach było niezmiernie mało, a i w tych nauka odbywała się w języku rosyjskim. Uczyć się poza szkołą, choćby tylko czytania i pisania po polsku nie było wolno. Groziła za to surowa kara więzienia.”
     Chwilami wspomnienia zyskują dodatkowy poziom – autorka sięga głębiej wstecz, do czasów swoich pradziadków. Na kartach ksiązki pojawia się brat prababci, Feliks Piątkowski, który według relacji autorki, służył w przybocznej gwardii Napoleona i trwał przy wodzu aż do jego końca, na wygnaniu.
Przywołana jest również postać krewnego, który walczył w legionach pod dowództwem pułkownika Kozietulskiego i wraz z batalionem skierowany został do Hiszpanii, gdzie walczył pod Somosierrą.
    Książeczka nie jest jednak, wbrew pozorom, naszpikowana historycznymi wtrętami. Przede wszystkim jest to radosne przywołanie dziecięcej beztroski, zapomnianych obyczajów, obrzędów i zabaw. Mała Janeczka uwielbiała letnie wyjazdy do odległego majątku dziadków, gdzie z właściwą sobie ciekawością odkrywała kolejne atrakcje wiejskiego życia. W tych fragmetach odnajdzie część siebie każdy, kto choć raz w życiu spędził wakacje na wsi. Ciepłe, letnie wieczory spędzane na schodkach przed domem i snute powoli opowieści. Spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi.        Nieskończone możliwości, jakie dają pola i ogród, tajemnice skrywane przez las, przygoda czająca się za każdym drzewem, urok dni słonecznych i deszczowych a przede wszystkim towarzystwo najwierniejszych przyjaciół – zwierząt gospodarskich.
Porazińska – miłośniczka psów, kotów a przede wszystkim koni, tym właśnie zyskała sobie moją dozgonną sympatię. Każdemu z dworskich czworonogów poświęca zabawną lub wzruszającą, a zawsze ciekawą anegdotkę. To chyba w dużej mierze dzięki jej inspiracji, chodziłam kiedyś na lekcje jazdy konnej – niestety, bez spektakularnych efektów...
    Bardzo cenne są epizody poświęcone specyfice życia na wsi, sprzężonego ściśle z rytmem pór roku i rolniczego kalendarza. Wywożenie nawozu (najszczęśliwsze chwile dla młodych „Porazińszczaków”),  pasanie bydła i świń, sprzedaż gęsi jesienią.
    Zadziwia mentalność ówczesnego społeczeństwa i poziom tak zwanej „nowoczesności”.
Mieszkająca w Warszawie, „emapcypująca się” ciotka małej Janki budziła zgorszenie tym, że „nosiła krótko ostrzyżoną fryzurę, paliła papierosy i chodziła co dzień do cukierni sama na małą czarną kawę. Wszystko to były czyny nad wyraz śmiałe...”
Niedowierzanie budzi również anegdota na temat roweru – dziś, nieodłącznego elementu codzienności a niegdyś pojazdu, który „budził wielkie zaciekawienie, ale i wielki przestrach. Dwa koła, jedno za drugim – i można na tym jechać. Spróbuj od wozu odjąć koła z lewej albo prawej strony i jedź! Zaraz się wywrócisz. A ten Porazińszczak pędzi na tym, że ani go pies może dognać. To nieczysta siła! Tak orzekła wieś i ustosunkowała się do roweru bardzo wrogo...”.
    Smaczki obyczajowe i historyczne to jedna z mocnych stron tej niewielkiej książeczki. Z nostalgią czytamy fragmenty poświęcone umierającej tradycji „chodzenia z szopką”, wspólnej nauce po domach pod kierunkiem najzdolniejszych uczniów, gromadzeniu się wieczorami całej rodziny przy wspólnym stole. To rozdział, który dla wielu zamknął się bezpowrotnie. Czy warto do niego wracać, choćby w ramach krótkiej, literackiej wycieczki?
    Moim zdaniem tak. Wspomnienia Janiny Porazińskiej, autorki niezliczonych wierszy i baśni dla najmłodszych czytelników, uchylają drzwi do innego świata. Nie tylko tego z czasów wczesnej młodości pisarki, ale i naszego własnego dzieciństwa.



niedziela, 8 grudnia 2013

NA POPRAWĘ HUMORU. ERIC MALPASS, "OD SIÓDMEJ RANO"



   
Zgodnie z ostrzeżeniem, na moim blogu rozpoczynam niniejszym czas pisania o książkach niezobowiązujących, lekkich i rozrywkowych. Zapewne nie potrwa to długo, moje ciągoty do treści ponurych prawdopodobnie wkrótce dadzą o sobie znać... Ale tymczasem, w ramach autoterapii,  prowadzić będę akcję rozweselającą. A rozweselenie było mi dzisiaj niezbędne, co wiąże się z pewną rocznicą...
    Tym razem wybór lektury jest konsekwencją dawnego sentymentu, o którym już kiedyś pisałam.
Po przeczytaniu jednej z powieści Malpassa bardzo chciałam poznać resztę dorobku autora i stało się. „Od siódmej rano” to książka, w której znaleźć można dalekie echa „Kochanej córeczki”, nie dotyczy to jednak samej treści, lecz bardziej ogólnego klimatu, jaki udało się stworzyć autorowi.
 Nie będę oryginalna, jeśli dodam, że pewne fragmenty, szczególnie początek, żywo przypominają „Szóstą klepkę” Małgorzaty Musierowicz. Nie chodzi tylko o relacje pomiędzy  gderliwym dziadkiem i nadaktywnym wnukiem, ale przede wszystkim o humor sytuacyjny i grę słów.
    „Młody Gaylord Pentecost był nieczuły na większość zjawisk. Obudził się i połaził sobie jakiś czas po łóżku. Kiedy go to znudziło, podciągnął pidżamę na nieistniejący brzuch i wyruszył z misją dobrej woli.
Obchód domu zaczął od dziadka. W pokoju dziadka było ciemno. Odsunął zasłony. Zasłony wisiały na mosiężnych kółkach. Odsuwane przez kogoś innego pobrzękiwały jak kastaniety. Odsuwane przez Gaylorda ogłuszały niczym huk karambolu na autostradzie.
Dziadek nawet nie otworzył oczu. - Wynoś się stąd natychmiast - powiedział.Pod kołdrą dziadek wyglądał jak twarda, mała, okrągła górka. Gaylord rozpędził się, skoczył i wylądował na jej grzbiecie. - Jestem rycerz - wrzasnął - a ty jesteś moim wierzchowcem!
- Nie jestem żadnym wierzchowcem - jęknął dziadek. - Jestem starym człowiekiem, który pragnie odrobiny spokoju.
Chłopiec przytknął badawczo palec do jednej prastarej powieki. Poddarł powiekę, zamyślony spojrzał w żółtawe, zgnębione, żałosne oko. Odjął palec, powieka opadła. - Chcesz, żebym ci zrobił herbaty? - zapytał.
- Tak... jeśli ci to zajmie dużo czasu - odparł dziadek.
Gaylord zeskoczył z wierzchowca. - Nie potrwa nawet minuty - oznajmił wesoło.
- Nie śpiesz się, bardzo cię proszę - powiedział dziadek.
Gaylord poszedł do ciotecznej babki Marigold. - Przynieść ci herbaty? – zawołał od progu.
Ale starsza pani, której aparat akustyczny wraz z okularami i zębami leżał na nocnym stoliku, przyczaiła się mówiąc sobie w duchu, że w takich okolicznościach jej głuchota nie jest już udręką, lecz staje się błogosławieństwem, spokojnym schronieniem.”
    Plusem tej niewielkiej, lecz całkiem sympatycznej książeczki jest atmosfera – sceneria Bożego Narodzenia, rodzinne przekomarzania, zatargi podszyte nutką zazdrości pomiędzy siostrami – starszą, mniej atrakcyjną Rose i uroczą Becky, która działa jak magnes na wszystkich mężczyzn, nie wyłączając niedoszłego amanta siostry.
    Kluczową postacią jest kilkuletni, wszędobylski, nadnaturalnie energiczny, ale niepozbawiony wrażliwości Gaylord. Wokół niego skupiają się wydarzenia a i on sam staje się spiritus movens niektórych.
    Czego tu nie mamy – problemy małżeńskie, narodziny dziecka, śmierć członka rodziny, romanse, rywalizacja sióstr, patologie społeczne a nawet dramatyczny akcent przemocy... W tle – piękne pejzaże  Derbyshire i subtelne (zbyt subtelne) nawiązania do angielskiej mentalności.
Niestety, taka dynamika akcji w powieści tego rodzaju musi oznaczać jedno – spłycenie pewnych zagadnień, popadanie w banał i przewidywalność.
    Pod względem literackim wspomniana „Kochana córeczka” plasowała się, w moim odczuciu, o kilka poziomów wyżej. Być może jednak stoi za tym inna, że tak powiem, grupa targetowa. „Od siódmej rano” adresowana jest prawdopodobnie do młodszych czytelników (choć zawahałabym się przed podsunięciem jej całkiem małym dzieciom, pomna  chociażby sceny baraszkowania na sianie lub epizodu związanego z dotkliwym pobiciem jednego z bohaterów). Biorąc jednak pod uwagę, że i takie akcenty mogą mieć działanie pedagogiczne, warto książkę Malpassa polecić rodzicom dorastających pociech.
    Jeśli o mnie chodzi, lektura swoje zadanie spełniła. Poczułam się beztrosko i niemal młodo – a to w przypadku kobiety w wieku balzakowskim, której dziś właśnie stuknął kolejny rok na liczniku, jest aspektem nie do przecenienia...

Książka przeczytana w ramach wyzwania: "Czytamy serie wydawnicze"

środa, 4 grudnia 2013

I BYŁY ŻYDOWSKIE WSIE NA UKRAINIE... "CIĘŻKI PIASEK" ANATOLIJA RYBAKOWA



    Grudniowa, przedświąteczna atmosfera, plus kilka innych wydarzeń, zaowocowały u mnie silnym postanowieniem, że w grudniu zamieszczać będę wpisy na temat książek lekkich oraz krzepiących. Jednocześnie uświadomiłam sobie, że karygodnie zaniedbałam ostatnio czytelnicze wyzwanie Agnieszki, w którym biorę udział. Dlatego też sięgnęłam po powieść Anatolija Rybakowa „Ciężki Piasek”, wydaną w serii KIK.
 Kolorowa okładka z menorą, w stylu tak charakterystycznym dla tej serii, nie wróżyła niczego złego. Spodziewałam się obrazków z życia żydowskich rodzin w stylu Isaaca B. Singera i poniekąd moje oczekiwania się potwierdziły. Ale tylko w pewnym stopniu.
    „Ciężki piasek” to opowieść o losach Żydów na Ukrainie przed i w trakcie II Wojny Światowej. Na przykładzie rodziny Iwanowskich i Rachlenków oraz ich sąsiadów autor pokazuje koloryt lokalny żydowskiego miasteczka, przemiany zachodzące w stylu życia i świadomości wraz z przemianami historyczno-politycznymi i wreszcie – czasy wojny, które położyły kres wszystkiemu.
    Książkę czyta się jak dokument, co wynika nie tylko ze stylu narracji, ale i wielu szczegółów, które – przyznajmy – trudno byłoby wymyślić osobie, która nie miała do czynienia z piekłem Holocaustu.
Choć sam Rybakow urodził się w podobnej miejscowości na Ukrainie, nie był uczestnikiem opisywanych wydarzeń. Za źródło posłużyły mu wyznania tych, którzy znali tę historię z własnych doświadczeń lub wspomnień najbliższych. Czy taki obraz przeszłości można brać na poważnie? Na pewno warto wziąć poprawkę na lekkie przekłamania, wynikające z odautorskiej chęci podkoloryzowania zdarzeń i wyolbrzymiania pewnych aspektów przez świadków historii. Jednak rdzeń powieści z pewnością oparty jest na faktach, co czyni z książki Rybakowa jedną z niewielu pozycji, odkrywających kulisy zagłady Żydów na Ukrainie. Powieść jest hołdem dla pomordowanych i próbą dyskretnego uchylenia żelaznej kurtyny.
    Dlaczego „dyskretnego”, skoro w książce nie brak drastycznych scen wojennego koszmaru?
Otóż szczerość Rybakowa jest dość ograniczona. Książka, wydana w drugiej połowie lat 70. już z definicji nie mogła być szczera. Odgórna cenzura powodowała, iż pisarze dokonywali swoistej autocenzury, przemycając w zawoalowany sposób treści, które nie byłyby mile widziane przez totalitarny system. Tak też jest w „Ciężkim piasku”, w którym aluzje do ideologii sowieckiego reżimu na pozór są do gruntu poprawne, jednak kryje się w tym drugie dno – subtelna ironia, która poddaje w wątpliwość słuszność wyznawanej powszechnie doktryny.
    Ironia i specyficzne poczucie humoru są zresztą silną stroną powieści - dotyczy to szczególnie części pierwszej, opisującej lata przedwojenne. Obserwujemy ciekawy, sentymentalny portret żydowskiej rodziny, jednak pomimo zawartej we wspomnieniu melancholii, nie jest to portret utrzymany w kolorach sepii. Postaci są barwne a ich wyraziste charaktery przykuwają uwagę. Kolejne sceny, kolejne wydarzenia oglądamy jak obrazki w okienku fotoplastykonu.
 Narrator – Borys Jakowlewicz Iwanowski przy użyciu retrospektywnych fragmentów kreśli historię swego rodu, począwszy od dziadka ze strony ojca, profesora medycyny w Bazylei. Uwaga skupia się jednak głównie na synu profesora a ojcu narratora – Jakubie, który porzucił rodzinną tradycję, wyjechał na Ukrainę i tam spotkał swą miłość i swoje przeznaczenie – najpiękniejszą w miasteczku, ba! w całej okolicy młodziutką Żydówkę Rachelę Rachlenko.
    Koleje losów familii w istocie mają w sobie coś z ducha opowieści Singera. Jednak wojna jest cezurą, która kładzie kres zwyczajnemu życiu a jest dla bohaterów początkiem tragicznego końca.
Dla czytelników wizja zagłady ukraińskich Żydów, pomimo ogromu opisywanych krzywd, jest bardzo wartościowa. Niewiele bowiem wydano książek, tej tematyce poświęconych. Autor krok po kroku prezentuje sytuację miasteczka, opisuje postawy mieszkańców wobec zagrożenia i definiuje stan ich świadomości.
    „Oczywiście, wiedzieliśmy z gazet, że naziści prowadzą ostrą kampanię antysemicką, ale po zawarciu paktu (...) w gazetach pojawiła się krótka notatka, jakoby Hitler miał oświadczyć, że obecnie Niemcy przystąpią do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Co oznaczało to ostateczne rozwiązanie, dowiedzieliśmy się potem, kiedy już spalono w piecach sześć milionów Żydów”.
Na przykładzie uciekiniera z Polski, Broniewskiego, Rybakow ustami narratora określa swój stosunek do kwestii żydowskiej.
„Nieważne, jakim człowiekiem był Broniewski. Sam fakt jednak, że razem z rodziną uciekł przed Niemcami, że nie chciał zostać ich niewolnikiem, przemawiał na jego korzyść(...) Współczułem mu a w jego osobie współczułem wszystkim Żydom, którzy znaleźli się pod władzą Hitlera.”
    Autor wspomina, że na Ukrainie obeszło się bez wywózki do obozów koncentracyjnych, bez zakładania gett, bez budowania sieci administracyjnej w celu likwidacji Żydów. Dlaczego? Rozstrzeliwano ich na miejscu...
    Getto, które opisane jest w „Ciężkim piasku”, było jedynym w okolicy. Specyfika życia w izolacji, głód, upodlenie, strach stanowią jeden z biegunów opowieści. Drugi to opór, jaki rodzi się początkowo w sercach wyczerpanych, zdesperowanych ludzi a potem stopniowo przeradza się w straceńczy zryw. Sama operacja zamachu i powstania w getcie oparta była ponoć na kanwie wspomnień dotyczących powstania w Getcie Warszawskim.
    Tytułowy „ciężki piasek” jest metaforyczną klamrą, spinającą powieść i losy rodziny Iwanowskich – Rachlenków. Młody Jakub stąpał po ciężkim, nagrzanym słońcem piasku, gdy po raz pierwszy znalazł się w miasteczku i kierował się na spotkanie swego przeznaczenia. Motyw piasku pojawia się również, gdy Jakub, jako półkrwi Niemiec, opuszcza z ciężkim sercem getto i powraca na końcu książki, gdy poszukiwane jest (bezskutecznie) miejsce jego pochówku.
    Rybakow nie koncentruje się na epatowaniu horrorem zagłady, skupia się raczej na mechanizmach i prawach rządzących zachowaniami nazistów i prześladowanych mieszkańców. Ostrzegam jednak tych, którzy ewentualnie skuszą się na lekturę książki – należy być przygotowanym na sceny dośc drastyczne. Historia ślicznej, młodej Diny, powieszonej na krzyżu lub rozrąbanego przez Niemców  toporem małego Igorka sprawiają, że człowiek ma ochotę siąść i płakać bez końca.
Przyznam, że byłam zaskoczona (chociaż to nie jest chyba odpowiednie słowo), iż w dość niezobowiązującej tematycznie serii KIK wydano książkę poruszającą takie zagadnienia. Ale myślę, że dobrze się stało...
Polecam.

 Książka przeczytana w ramach wyzwania "Czytamy serie wydawnicze"